sobota, 30 kwietnia 2016

Przeczytanie w kwietniu. Podsumowanie.

„Król magii”, drugi tom trylogii Lva (Leva?) Grossmana. Po wydarzeniach z części pierwszej, czwórka władców Fillory szczęśliwie, acz nieco nudno włada tą magiczną krainą. Eliott może sobie lubić leniwe poranki i całe zastępy służących, które przynoszą mu wszystko, czego zapragnie, ale Quentin ma już dość i szuka sam nie wie czego. Chyba chciałby być Bohaterem. Chciałby robić coś konkretnego, a nie tylko być. I wkrótce Ember (taki jakby bóg Fillory) daje mu szansę wykazania się. Quentin ma za zadanie uratować istnienie całej magii, a tym samym Fillory.

Z początku miałam problem z tą książką, ponieważ bardzo ale to bardzo nie lubię, jak bohaterowie przenoszą się do innego świata, który najczęściej jest jakiś udziwniony. Nie lubiłam tego w Narnii (chyba dlatego utknęłam na drugim tomie) i nie lubiłam tego tutaj. Zupełnie inaczej jest jak od razu jestem umiejscowiona w świecie przedstawionym przez autora, a inaczej jak w trakcie czytania po jakimś czasie mnie przenosi do drugiego świata przez jakąś szafę, króliczą norę czy lustro. Na szczęście nie porzuciłam tej historii; na pewno pomagało to, że Quentin część swoich przygód spędził z powrotem w naszym świecie, ale także i to, że to jest naprawdę dobrze napisana historia i ciężko się od niej oderwać. Autor stworzył takie zapętlenie wątków i pomysłów, że chociaż na koniec okazało się to bardzo proste, to w między czasie gwarantowało nieprzerwaną akcję bez momentu nudy.

Ze swojej strony bardzo polecam tę trylogię. Niedługo będę czytać tom trzeci, a już się zastanawiam, czy kiedyś tych książek sobie nie powtórzę.

„Król magii” Lev Grossman, wyd. Sonia Draga 2012, str. 471

Pierwszy raz zetknęłam się z tą książką ze dwa czy trzy lata temu, kiedy Emma Watson gorąco zachwalała ją na Twitterze. Już wtedy zapragnęłam ją przeczytać, ale dopiero recenzja jednej z youtuberek, które oglądam, sprawiła, że w końcu książkę zakupiłam.

Zabawne jest, jak obie te osoby stworzyły w mojej głowie obraz całkowicie niezgodny z rzeczywistością – jak się później okazało. Dzięki ich wypowiedziom, a także opisowi na okładce, byłam przekonana, że to książka o współczesnych młodych ludziach – amerykańskich studentach – i o świecie, w jakim nam wszystkim przyszło żyć. O więziach międzyludzkich w kontekście współczesnych czasów, a to wszystko otoczone nimbem studenckiego życia na uniwersytecie Yale (tam studiowała autorka). Jakoś wydawało mi się, że dane mi będzie uszczknąć tamtego świata, a jednocześnie przeżyć coś pięknego i wzruszającego. Otóż… Nie ma to jak siła reklamy. I kompletnie nie rozumiem tych zachwytów.

Jeszcze tylko wam wytłumaczę, że zaraz po ukończeniu studiów na Yale, Marina Keegan zginęła w wypadku samochodowym. Jej bliscy i przyjaciele stworzyli tę książkę już po jej śmierci, umieszczając w niej eseje, które Marina stworzyła w swoich akademickich latach. Stąd wielkie wzruszenie czytelników już przed rozpoczęciem czytania „Odwrotności samotności”.

Na początku też poddałam się temu wzruszeniu, tym bardziej, że każda opinia z jaką się spotkałam, podkreślała niesamowity talent Mariny i to, jak bardzo szkoda, że tak niesamowita osoba zginęła w tak młodym wieku. Najpierw mamy przedmowę, opowieść o tym, jaka była Marina. Bardzo mi się ta opowieść podobała, tym bardziej nastawiła mnie do książki pozytywnie. Później mamy przemowę Mariny, jaką wygłosiła na zakończeniu swojego ostatniego roku w Yale. A później… Jedno opowiadanie za drugim. Najpierw czytałam i mi się podobało. Faktycznie dziewczyna miała talent. Jak na swój wiek pisała bardzo dobrze. Ale później zaczęła we mnie narastać irytacja. Bo się okazało, że wcale nie była aż tak dojrzała, na jaką ją wykreowano po śmierci. Opowiadania zaczęły mnie nudzić, bo w każdym był przerabiany ten sam temat: związek dwójki ludzi, który z jakiegoś powodu jest przepełniony samotnością i pustką. Czasem jej bohaterka była starsza niż te naście lat, ale wtedy nie czuliśmy, że kobieta, o której czytamy ma czterdzieści lat. W moich oczach wciąż miała około dwudziestu. I zwątpiłam. Bardziej kontynuowałam czytanie bo wydałam pieniądze, no i mogę poćwiczyć język angielski. Ale w pewnym momencie miałam już dość, bo czułam, że marnuję swój czas. Potem dotarłam do części, która faktycznie była esejami, a nie opowiadaniami (Ugh. Dlaczego u nich wszystko nazywa się „esej”?), ale tam się okazało, że są to nudne artykuliki na różne tematy typu globalne ocieplenie, czy migracja jakiegoś zwierzątka. Wszystko to było napisane w stylu lekko poetyckim i mającym dodać „czegoś” do zwykłego artykułu, ale mnie to najzwyczajniej w świecie nudziło. Także w końcu przestałam czytać.

Konkluzję z tej książki mam taką: Ludzie uwielbiają wybielać kogoś po śmierci, a już szczególnie osobę młodą, która była taka piękna, taka utalentowana, a przed sobą miała taką świetlaną przyszłość. Faktycznie miała talent i gdyby dalej ćwiczyła, to mogłaby zostać naprawdę dobrą pisarką, ale to były jej początki, prace które pisała na zajęcia, więc nie róbmy z nich ósmego cudu świata i „współczesnego głosu młodości”. Najzabawniejsze jest to, że gdybym swoją opinię dała na Good Reads to pewnie zjedliby mnie żywcem. I coraz częściej uczę się uważać na czyjekolwiek polecenia książek. Każdy ma własną opinię.

„The Opposite of Loneliness” Marina Keegan, wyd. Simon & Schuster 2015, str. 208

“Podróżniczka” to trzeci tom opowieści o Claire Randall (teraz już Fraser), kobiecie przeniesionej w czasie z 1945 do osiemnastowiecznej Szkocji w momencie wielkich historycznych zmian.

Muszę powiedzieć, że to chyba najlepszy z dotychczasowych tomów. Pomimo olbrzymiej liczby stron, nie nudziłam się ani przez chwilę, a akcja leciała do przodu z prędkością światła.

Po dwudziestu latach życia w w XX wieku i wychowaniu córki, Claire w końcu znajduje odwagę aby odszukać jakiekolwiek zapiski na temat wydarzeń pod Culloden. Wtedy okazuje się, że Jamie najprawdopodobniej wciąż żyje i Claire postanawia ponownie przejść przez kamienie i wrócić do osiemnastego wieku. Tak odnajduje Jamiego i razem ponownie stawiają czoła losowi, który rzuca ich teraz nie tylko po Europie, ale i jeszcze dalej…

Więcej nic nie mówię, bo ciężko opowiadać, żeby nic nie zdradzić. Powiem tylko, że wciąż uwielbiam tę serię, a „Podróżniczkę” czytało się fantastycznie, to nic że zabrała mi dwa tygodnie i w tym czasie mogłam przeczytać trzy inne książki. Sposób w jaki Diana Gabaldon opisuje związek Claire i Jamiego oraz wszystkie wydarzenia, jakie ich spotykają, sprawia, że kocha się tę serię i pragnie do niej wrócić, nie żałując czasu poświęconego na czytanie. Pewnie na razie odpocznę od tej serii, ale na pewno za jakiś czas sięgnę po tom czwarty.  Polecam.

„Podróżniczka” Diana Gabaldon, wyd. Świat Książki 2015, str. 951

Po monumentalnej „Podróżniczce” zachciało mi się wrócić w stare i znane kąty i powtórzyć drugi tom trylogii o Innych autorstwa Anne Bishop. Tym razem jednak moja opinia przesunęła się bardziej na niekorzyść. Anne Bishop uwielbiam, a w tej trylogii (tom pierwszy to „Pisane szkarłatem”) udało jej się stworzyć powieść jednocześnie przytulną i opowiadającą o strasznych rzeczach, jakie ludzie są zdolni popełnić. Jednak, tym razem bardziej niż poprzednio, odczułam mankamenty „Morderstwa wron”. Może za pierwszym razem bardziej mi się podobało, bo wszystko było dla mnie nowością. Teraz, choć niedokładnie pamiętałam wydarzenia i po części było tak, jakbym czytała pierwszy raz, książka mnie nudziła. Zdecydowanie bardziej rzucała się w oczy forma kryminału z policją i wilczą strażą w roli głównej. Inni i ludzka policja łączą siły aby odkryć, kto coraz bardziej zagraża delikatnemu pokojowi pomiędzy Innymi a ludźmi, a także planują akcję likwidacji Kontrolera – człowieka, który przetrzymywał Meg oraz wciąż przetrzymuje setki cassandra sangue.

Trochę mniej tu było Meg Corbyn, wieszczki krwi, która swoją mieszanką cech kobiety i dziecka nadaje ton tej powieści i sprawia, że chce się czytać. Mniej też było tych wszystkich wspaniałych stworzeń Namid, bo to relacja ich i Meg jest tutaj najlepsza. Mimo tego i tak nie mogłam się od książki oderwać i spędziłam z nią dzisiaj cały dzień ;). Na szczęście w perspektywie mam lepszy tom trzeci, za jakiś czas i jego sobie powtórzę. Anne Bishop jest najlepsza. Gdybym kiedyś miała się rozstać z moimi książkami, to rozstanie z tą autorką byłoby chyba najboleśniejsze. Mam nadzieję, że niedługo napisze coś nowego.

„Inni: Morderstwo wron” Anne Bishop, wyd. Initium 2014, str. 430

I to tyle w tym miesiącu. Jestem też w trakcie reportażu Rany Dasgupty „Delhi. Stolica ze złota i snu”, który bardzo, ale to bardzo mi się podoba, ale niestety nie zdołałam go skończyć w kwietniu. 

środa, 6 kwietnia 2016

Czarodzieje. Lev Grossman

Tutaj mam dłuższą historię do opowiedzenia. Najpierw odkryłam nowy serial „The Magicians” stworzony właśnie na podstawie „Czarodziejów”. Serial jest wspaniały, mega wciągający i kurczę, ma to coś. Jest trochę popaprany, trochę się różni od innych seriali, ale nie umiem określić, czym. To uczucie. W każdym razie go uwielbiam, a że odcinki są tylko raz na tydzień, chciałam zagłębić ten świat, czytając książki (to trylogia). I wtedy niestety okazało się, że pierwszego wydania trylogii nigdzie nie można kupić, a na drugie wydanie muszę czekać. I czekać. I czekać… W końcu, na kilka dni przed premierą, na allegro nagle pojawił się pierwszy tom z pierwszego wydania, w ofertach można było przebierać do woli… Oczywiście zakupiłam. I kiedy dostałam książkę? W dzień premiery wydania drugiego! Ugh! Ale pocieszam się, że oszczędziłam ponad 50% ceny... Ale wracając do tematu.

O „Czarodziejach” naczytałam się i nasłuchałam tyle mieszanych recenzji, że aż głowa od tego boli. A większość nawet była negatywna, choć zdarzały się i takie, które rozpływały się w zachwytach nad wspaniałością tego dzieła. Wszystko to działo się w anglojęzycznych stronach świata, bo z polskimi recenzjami się nie spotkałam (Nie to, że szukałam. Byłam zdziwiona, że w ogóle to u nas wydano). Książkę porównywano do Harry Pottera, tylko dla dorosłych, do Narnii i wszystkich innych kultowych dzieł ze świata magii. W dodatku na głównym bohaterze wieszano psy, wieszano jego i wieszano autora. Że jak to można być nieszczęśliwym chodząc do szkoły magii?! Jak można mieć depresję, zajmując się magią? Quentin jest rozpieszczonym bachorem i nie wie, jakie ma szczęście. Niektórych jego depresja i malkontenctwo na tyle odrzucały, że po wykrzyczeniu się, informowali, że rzucili książkę w diabły, albo nie sięgnęli po tom drugi. Przecież gdyby oni (czytelnicy) mieli możliwość studiować magię, to byliby przewiecznie szczęśliwi.

Otóż, drodzy czytelnicy (głównie amerykańscy) niestety wykazali się tylko tym, że wyprano im mózg. Tak to odebrałam. W ich opiniach doskonale widać, jak odpowiedni dobór treści i sposób chowania społeczeństwa się kończy. Wszystko ma być przez różowe okulary. Nie daj Boże, ktoś śmie narzekać i być nieszczęśliwy. Nie wzięli pod uwagę, że autor stworzył własny świat, całkowicie oryginalny (zaraz do tego wrócę) i że w tym świecie TAK WŁAŚNIE JEST. Zachowywali się, jakby nie przeczytali książki, nie załapali tła i kontekstu. Najważniejsze było, że Quentin śmie się ubierać na czarno, podczas gdy w modzie jest kolor różowy. Jeez. A w świecie stworzonym przez autora, magia jest popaprana, trudna, wymaga wielu lat nauki i na swój sposób wyrzeczeń. Dla niektórych jest dostępna poprzez szkołę Brakebills, inni nie są do niej dopuszczeni i muszą się jej uczyć bez żadnych podręczników, „na dziko”. W tym świecie większość ludzi jest raczej ponura i gdzieś na skraju depresji i bezsensu życia, choć może niektórzy wydają się być bardziej zblazowani. Magia czyni człowieka trochę zgorzkniałym, sceptycznym i ostrożnym. Studenci radzą sobie za pomocą alkoholu, seksu i imprez. Raz na jakiś czas zdarzy się straszny wypadek, w którym ktoś ginie. Z magią nie ma żartów.

Nie rozumiem porównań do Harry Pottera. Tylko dlatego, że mamy szkołę magii, od razu trzeba to porównywać do Harry Pottera? To nie ma z nim nic wspólnego. Chyba że uznamy to za obraz w krzywym zwierciadle. Ale nawet wtedy bym się z tym nie zgodziła. Po prostu za bardzo się to różni. Autor bawi się z czytelnikiem i sam często nawiązuje, pisząc coś w stylu „tu nie było żadnych różdżek, tu była żywa magia, bla bla bla”, ale nie czyni to obu światów podobnymi do siebie. Za to w pełni się zgodzę z porównaniem do Narnii. Nie dość, że pewne postacie przechodzą przez szafę (z zegarem, ale to ciągle szafa), to w dodatku lądują w krainie Fillory, gdzie panuje dziwna, nieujarzmiona magia i można spotkać wiele dziwnych zwierząt i innych stworzeń. W dodatku wystąpił ten sam motyw co w „Narnii”. Mianowicie, jeden z chłopców jest odrzucany przez Fillory, jest już za duży i za „brudny” aby móc wejść.

Podsumowując. Uważam, że książka w pewien sposób jest gorsza od serialu. Serial wydobył z niej to, co najlepsze i jeszcze to wzmocnił, dodatkowo uatrakcyjniając historię za pomocą niewielkich przeróbek. Ale sama książka również mi się podobała. Jest taka inna, faktycznie panuje w niej ciężka do opisania atmosfera. Autor stworzył ten świat raczej od strony pesymistycznej, a nie optymistycznej, tak samo zresztą przedstawia nasz realny świat. Życie jest długie, szare i do d…. Zdecydowanie nie jest to książka dla każdego. Ci, którzy uważają, że bohaterowie powinni być bezmyślnymi kukłami z wiecznie pozytywnym i walecznym nastawieniem do życia, mogą ją sobie darować. Quentin nie kryje się ze swoimi, momentami, samobójczymi myślami. W ogóle muszę autora pochwalić za jego postać. Jest realny. Nie jest bohaterem, którego się automatycznie lubi, „no bo jest głównym bohaterem”, ale nie żywiłam też do niego antypatii. Jest normalnym człowiekiem, z lepszymi i gorszymi momentami. Trochę fajtłapa, trochę leń. Lubi narzekać i jęczeć. Trochę nieśmiały, ale daje sobie w życiu radę. Czuje się lepiej wśród ludzi, którzy go przyjmują takim, jakim jest. Lubi Brakebills i tam tworzy siebie na nowo.

Cieszę się, że poznałam tę książkę. Jest inna od wszystkiego, co już czytałam, a to miłe uczucie i zbyt rzadkie, szczególnie w gatunku fantastyki. Trzeba to docenić.

„Czarodzieje” Lev Grossmann, wyd. Sonia Draga 2010, str. 493
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...