sobota, 13 grudnia 2014

Książka, a książka - czyli co duszy potrzeba.

Rozpoczynam ten post dość spontanicznie. Chciałam zamieścić pewien cytat z "Awantury o Basię" Kornela Makuszyńskiego, którą wczoraj przeczytałam, ale czytając go ponownie, pomyślałam, że mogę to rozwinąć w szerszą wypowiedź. Mianowicie, czym jest książka, dlaczego akurat wybieramy tą, a nie inną oraz czy nie wstydzimy się czytać książek "poniżej swojego poziomu" i co to znaczy?

Czasem, pomiędzy mną a mamą, obie zapalone czytelniczki, wywiązuje się dyskusja, po której pogrążam się w myślach, "trawiąc" to, co zostało właśnie powiedziane. Ja czytam bardziej zróżnicowane lektury, nie unikam mrocznych kryminałów, złych ludzi i trudnych tematów, ona koncentruje się na powieściach łagodnych, o miłości i dobrych ludziach. Nie ukrywam, że czasami patrzę na nią z pokpiwającym uśmiechem i nie rozumiem (albo udaję, że nie rozumiem) ludzi czytających tylko "mdłe, babskie czytadła", albo ogólnie powieści, gdzie nie ma napięcia. Zastanawiam się, dlaczego ogólnie w społeczeństwie, bo nie tylko ja tak uważam (choć naprawdę staram się z takiego podejścia wyleczyć), istnieje pogarda dla powieści lekkich, które niewiele może wnoszą, ale na moment czytania wspomagają czytelnika. Dodają mu otuchy, ocieplają, a niekiedy nawet dają nadzieję. Jeżeli pominiemy takie faktory jak styl autora i jego warsztat, a weźmiemy pod uwagę "to, co niewidzialne", to naprawdę nie można oceniać książek, że lepsze, czy gorsze.

Pomimo tego, że czasami sama zbyt szybko oceniam daną książkę, to w głębi duszy wiem, że każda książka jest potrzebna i każdy sięga po książki, których ta dusza potrzebuje. Dlatego nie oceniajmy ani książek, ani czytających.

Na koniec dam wspomniany wcześniej cytat. Jedna z bohaterek ma lekko pogardliwy stosunek do powieści o miłości, jakie pisze drugi bohater. A oto jego odpowiedź, moim zdaniem są to osobiste słowa Kornela Makuszyńskiego o jego powieściach:

"- Za złe mi to biorą, że w moich książkach roi się od ludzi dobrych, jasnych i miłosiernych, a przecie z palca sobie tego nie wyssałem. Zresztą wielką odczuwam litość dla złych, z rozmysłem natomiast sławię dobroć promienistą. Urojeni ludzie z książek wychodzą z nich jak duchy wywołane z nicości i wchodzą w ludzką gromadę. Serce ludzkie takie jest dziwne, że więcej wierzy jasnemu urojeniu niż mętnej, czarnej rzeczywistości; więc moi dobrzy ludzie z książek korzystając z tego przywileju szerzą wieści o istnieniu dobra i o potrzebie miłosierdzia. Moje książki wędrują pomiędzy rzesze, niechże przeto świecą, niech grzeją, lecz niech nie straszą i nie burzą naiwnej, prostej wiary w serce człowieka".

Cytat z "Awantura o Basię" Kornel Makuszyński, wyd. Iskry 1989, str. 190, cytat ze strony 144

P.S Kiedy przepisywałam ten fragment, miałam ogromny problem z interpunkcją, bo cały czas chciałam wstawiać przecinki tam, gdzie ich nie ma. Niesamowicie to się zmieniło. W dzisiejszych czasach o wiele częściej wstawiamy przecinki ;).

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Recenzje zebrane.

Ponieważ w listopadzie się obijałam i odkładałam napisanie recenzji kolejnej przeczytanej książki, wyszło na to, że nie zrecenzowałam aż kilku. Do tego, chociaż postanowiłam napisać ten post wczoraj, aby jeszcze zmieścić listopad w listopadzie, również nie zdołałam tego zrobić, „nie wyszło”. Także, post spóźniony, daję już w grudniu. (Na szczęście pierwszego, a nie np. dziesiątego).

Książka, którą przeczytałam zaraz po premierze, bo na tejże premierze (i spotkaniu z autorką!) ją kupiłam. Natomiast zupełnie nie wiem czemu nie mogłam się przemóc, żeby ją w pełni zrecenzować. Może dlatego, że nie zrobiła mi tego czegoś, co robiły poprzednie książki Lisy See. Ta jest nadzwyczaj łagodna, tylko trochę bolesna i bardzo prosto napisana. Nie to, że czyta się ją jak prościutki i leciutki romans paranormalny, ale jednak nie jest aż tak skomplikowana i intensywna w wyrazie jak poprzednie książki, które czytałam. Ale nadal fantastycznie wciąga, po odłożeniu książki myśli się o jej bohaterach, a na koniec pozostaje satysfakcjonujące uczucie, że poznało się kolejny fragment chińskiej historii. Ogólnie do polecenia.

W listopadzie nadzwyczajnie mnie wzięło na lektury lekkie, rozrywkowe i relaksujące. „Akademię” chciałam od jakiegoś czasu przeczytać, bo pochłonęłam inną, „sukubią”, serię tej autorki i mocno za nią tęsknię, ale jednak „Akademia” to nie to samo. Napisana dla młodszego czytelnika, to znaczy dla nastolatków, podczas gdy Sukub jest skierowany dla dorosłych kobiet. I widać to w języku i stylu powieści, w problemach bohaterów, itd. Do tego najpierw oglądałam film i muszę przyznać, że został wykonany niesamowicie dokładnie. Tak, że w książce nic nie było dla mnie nowe, czułam się jakbym go ponownie oglądała. A aż tak super nie jest, więc troszkę się wynudziłam. Mam jeszcze tom drugi, spróbuję z nim. Jeżeli i on mi nie podejdzie, to chyba podziękuję.

Jak już wyżej powiedziałam, miesiąc listopad oznaczał dla mnie mnóstwo ogrzewania się i poprawiania sobie humoru, a nie ma nic lepszego niż „Jeżycjada” pani Musierowicz. W poprzednim poście macie recenzję najnowszej części „Wnuczka do orzechów”. „Opium w rosole” było przeczytane chyba w oczekiwaniu na „Wnuczkę” i idealnie wpasowało się w moją potrzebę ciepła. To jedna z części, które najlepiej oddają wspaniałą pokrzepiającą atmosferę „Jeżycjady”. I nawet nie chcę się rozpisywać o treści. Tu chodzi o to, co się czuje w czasie czytania. Polecam ogromnie.

 Druga część trylogii „Drżenie”, również niedawno przeze mnie opisywanej. Ktoś w komentarzu powiedział, że pozostałe dwie części nie są aż tak dobre jak część pierwsza. Muszę powiedzieć, że tego nie odczuwam. Jestem teraz w trakcie części trzeciej „Ukojenie” i są tak samo cudownie napisane, wciągające i ach. Więcej treści jest poświęcone innym bohaterom, nie tylko Samowi i Grace, ale to mi się podoba. Dostali swoją najcudowniejszą część pierwszą, która jest czystą magią i teraz mogą ustąpić trochę miejsca innym postaciom. Bardzo podoba mi się Isabel i rozwój jej postaci, Cole też jest nietuzinkowy. W ogóle podoba mi się, że autorka postawiła na rozwój, a nie odgrzewanie kotletów. Cała seria zasługuje na wszelkiej masy komplementy, nie mogę się jej nachwalić wystarczająco. Podobno miał być film. I co? Nic nie słychać. "Drżenie", "Niepokój" i "Ukojenie" polecam nawet z wykrzyknikami ;).

Podczytywałam też troszkę „Anglicy i inne eseje” Orwella, które owszem, są bardzo ciekawe, acz dotyczą już ewidentnie innej epoki. Mimo wszystko postawiłam na ocieplanie się i dlatego nie zostałam przy nich do końca. Ale wrócę, bo warto przeczytać.

A Wam jak minął listopad?

niedziela, 16 listopada 2014

Wnuczka do orzechów. Małgorzata Musierowicz

Ależ ja się ucieszyłam, kiedy pewnego dnia niespodziewanie się dowiedziałam, że wychodzi kolejna część Jeżycjady! Może moje zdziwienie nie byłoby tak wielkie, gdybym pamiętała o tej książce i jej (zapewne nerwowo) oczekiwała. A zapomniałam, bo poprzednia część, „McDusia” nosi na sobie piętno najgorszego (według mnie) tomu i po jej przeczytaniu całkowicie Jeżycjadę wykreśliłam sobie z pamięci. Przynajmniej jej najnowsze części, bo te starsze, do Kalamburki (jej nie włączam, nigdy jej nie lubiłam, ale i tak jest lepsza niż „McDusia”) kocham i uwielbiam po wsze czasy i jak ostatnio z okazji „Wnuczki do orzechów” zastanawiałam się, ile razy którą część czytałam, to wyszło mi że „Opium w rosole”, „Kwiat kalafiora”, „Idę sierpniową” i najukochańszą „Szóstą klepkę” czytałam co najmniej po sześć razy. Każdą z osobna. Jeżeli przemnożę ilość książek przez wielokrotność przeczytania to wychodzi mi kilkadziesiąt książek. Ktoś powie, że w takim razie mogłam poznać tyle książek więcej, a ja powiem, że nie, bo to, co przeżywam podczas czytania „Jeżycjady” jest bezcenne, a bohaterowie tych książek stali się moją rodziną, czego nie mogę powiedzieć nawet o dziesięciu procent przeczytanych książek.

„Wnuczka do orzechów” ukazuje nam rodzinę Borejków (oraz wszelkie Pałysowe, Florkowe i Robrojkowe rozrosty) w całkiem nowym świetle, bo takim jakby z oddali. Tym razem główną bohaterką jest Dorota Rumianek i tak jak tutaj to nazwisko wciąż mi dziwnie brzmi, to w książce nawet nie razi. Bo Dorota to taka fajna dziewczyna, że rozgrzewa swoim słońcem wszystkich dookoła, każdemu pomoże, rozśmieszy, życzliwie okpi i wyjaśni. Osoba może nazbyt radosna, aby była prawdziwa, ale nie chcę zawsze być taką pesymistką i chcę wierzyć, że takie dobre, jasne i całkowicie pozytywne osoby też istnieją. I to do niej trafia na wakacje Ida Pałys, kiedyś Ida Borejko, pamiętna Ida Sieprniowa. Ida ma teraz lat już prawie pięćdziesiąt, ale wciąż jest prędka, dzika, a jej głos czasami przypomina kozę. Ponoć ma nawet trzecie dziecko. Nie wiem, co mi umknęło, czy to dziecko było w „McDusi” wspominane. Owej części naprawdę nic a nic nie pamiętam, chyba na swoje nieszczęście muszę ją przeczytać jeszcze raz. Ale nie, nie będę się katować. Jak ktoś pamięta, to poproszę o komentarz. A ponieważ jest gorący środek lata, do niedaleko mieszkającej Pulpecji i jej męża Baltony zjeżdża cała familia, łącznie z synem Idy, Józefem. I tak pewnego dnia Dorota i Józef spoglądają sobie w oczy…

Szczerze, to nawet nie umiem krótko zarysować akcji, bo niewiele się tam takiego konkretnego dzieje. Zamiast tego jest opisane życie na przestrzeni kilku dni w bardzo przyjemnej wsi pod Poznaniem. Ale jak ono jest opisane! Naprawdę nie ma lepszych książek na „pokrzepienie serc”. To czysty antydepresant i tabliczka czekolady w jednym. Po skończonej lekturze poczułam się cudownie ogrzana, uśmiechnięta i tylko zawsze jest ten ból skończonej książki. Bo chciałoby się jeszcze i jeszcze.

Czytając „Wnuczkę do orzechów” miałam wrażenie, że pani Musierowicz wzięła sobie do serca niestety mało przychylne recenzje „McDusi”, bo niektóre fragmenty wyglądały, jakby zostały napisane specjalnie po to, aby tamte błędy naprawić. Może za dużo sobie dopowiadam i nad interpretuję, ale tak mi się wydaje.

Moim marzeniem czytelniczki na kolejną część (lub kilka) jest napisanie historii od strony rodziny Robrojków, bo Natalii jest tak mało i za nią tęsknię, a także za Cesią. Biedna przewinęła się chyba w odległym tle raz czy dwa w jakichś częściach, ale to za mało. A ona i Hajduk również mają dzieci, które powinny już być w wieku nastoletnio-dorosłym i też mogłyby kiedyś zagrać w historii pierwsze skrzypce. Nie pogniewam się, jeżeli odpocznę od rodziny Borejków i fajtłapowatego Ignacego, który tutaj może i był nawet zabawny, ale o tym flaczku to ja za często czytać nie mogę. A chyba niestety jest jednym z ulubionych bohaterów pani Musierowicz. I błagam, nigdy więcej McDusi! Jej list do Ignacego, zawierający notabene chyba dosłownie trzy zdania, wywołał we mnie wysypkę i odruch zwrotny. Ta dziewczyna jest po prostu okropna z tą swoją protekcjonalnością dla Ignacego i za co on tak ją kocha, to ja nie wiem. Pewnie ma syndrom pantoflarza. Matka była za silną postacią. Hehe.

Dobrze, powinnam skończyć tę recenzję, która zamieniła się w listę życzeń do autorki, a na koniec w psychoanalizę bohatera, co rzadko mi się zdarza. „Wnuczkę do orzechów” można spokojnie czytać, moim zdaniem nastąpiła pełna rehabilitacja. Polecam!!!


„Wnuczka do orzechów” Małgorzata Musierowicz, wyd. Akapit Press 2014, str. 264

wtorek, 11 listopada 2014

Drżenie. Maggie Stiefvater

Parę dni temu miałam dość kiepski nastrój, a książki zawsze mnie pocieszają, więc postanowiłam iść do biblioteki zobaczyć co mają. Krążyłam między półkami i nagle mój wzrok padł na jasnobłękitny grzbiet „Drżenia”. Znacie te momenty, kiedy intuicja krzyczy, że to właśnie to? Natychmiast wyciągnęłam książkę z półki, przeczytałam opis, że o wilkołakach oraz to zdanie: „- Myślisz, że powinnyśmy zabrać do domu tę książkę, no wiesz „Eksplorację bebechów”, czy jak to się tam nazywa?” – i wiedziałam, że to książka, której szukałam.

Zabawne, jak czasami powracają do nas książki, które kiedyś ignorowaliśmy. „Drżenie” znam wzrokowo, było na wielu blogach, kiedy zostało wydane, ale wtedy zupełnie mnie ta powieść nie interesowała. Dzisiaj jestem nią zachwycona i cieszę się, że ją poznałam.

To opowieść o poezji lasu, jesieni, miłości ponad wszystko i wiary, która pomaga przenosić góry. Sam jest wilkołakiem. Kiedy jest ciepło, czyli w lato, jest człowiekiem, kiedy nadchodzi zima zamienia się z powrotem w wilka. Grace ma siedemnaście lat, w dzieciństwie przeżyła atak wilkołaków. Uratował ją właśnie Sam. Od tamtej pory obserwują siebie z daleka, nie nawiązując kontaktu, do dnia, w którym Sam zostaje postrzelony, a Grace znajduje go zakrwawionego na progu swoich drzwi.

Nie przypuszczałam, że w tym paranormalnym chaosie lekkości i szybkiej akcji może się znaleźć coś tak pięknego. Kiedy czytałam, czułam się całkowicie wciągnięta w powieść, zawieszona w czasie, bo on znikał, a liczył się tylko późno jesienny las, zapach wilgotnej ziemi, zimnego powietrza i zwierzęcego futra. Mam wrażenie, jakby ta powieść została napisana specjalnie dla mnie, gdyż mało jest rzeczy, które kocham bardziej od lasu, drzew, zapachu liści i jesieni. Przeczytałam tę książkę o idealnej porze, las jest teraz właśnie taki jak w „Drżeniu”.

Oczywiście na tylnej okładce nie omieszkano porównać książki do „Zmierzchu”, ale uważam, że poza faktem istnienia wilkołaków i miłości nie mają ze sobą nic wspólnego. „Drżenie” jest szczególne i magiczne, a miłość Sama i Grace jest niesamowicie silna i ponad wszystko, podczas gdy Edward i Bella wyglądają jak ckliwe dzieciaki, które tylko wzdychają i kolor różowy kojarzą z romantycznością. Również przedstawienie wilkołaków bardzo się różni. W "Drżeniu" są to po prostu wilki, a my jesteśmy gotowi uwierzyć, że one istnieją naprawdę. 

Zakochałam się w tym klimacie, w tej opowieści, w lesie i w wilkach. A także w samym stylu pisania autorki i jej sposobie przekazywania czytelnikowi uczuć, jakimi darzą się Sam i Grace. Kiedy piszę tę recenzję, wciąż wydaje mi się, że czuję zimny i ostry zapach wieczornej mgły, że słyszę szelest kruchych liści. To jest właśnie magia pisarstwa.


„Drżenie” Maggie Stiefvater, wyd. Wilga 2011, str. 454

poniedziałek, 10 listopada 2014

Przed premierą! Wodospady Cienia: Zabrana o zmierzchu. C.C. Hunter

To już trzeci tom! Z jednej strony nie mogę w to uwierzyć, a z drugiej cieszę się, że wydawnictwo tak szybko wydaje kolejne części. To zdecydowanie jedna z moich ulubionych serii „paranormal” czy Young Adults.

Krótko zakreślając historię: Kylie trafia do wakacyjnego obozu dla trudnej młodzieży, a w rzeczywistości będącego miejscem, w którym nadnaturalni młodzi ludzie mogą bezpiecznie się rozwijać i uczyć. Z tym bezpiecznie to różnie bywa, bo odkąd Kylie tam trafiła, obozowi wiecznie coś zagraża. Dziewczyna jest kimś dziwnym i na razie nikt nie potrafi rozgryźć jej natury. Wiadomo tylko, że zajmuje się duchami, a od czasu do czasu posiada wampirzą szybkość, czy wilkołaczą siłę; potrafi też uzdrawiać. Oprócz paranormalnego środowiska mamy również młodzieńczy trójkąt miłosny i dwie najlepsze przyjaciółki głównej bohaterki, czyli typową amerykańską młodzieżówkę.

Tym, co wyróżnia tę serię i co zawsze będę powtarzać, to naprawdę dobry styl autorki, w dodatku stabilny – jakość treści i wykonania nie pogarsza się z tomu na tom, co rzadko się zdarza. Dla porównania przychodzi mi na myśl inna seria „Wybrani”, której jakość strasznie przy tomie trzecim spadła. „Wodospady cienia” zdecydowanie się wyróżniają na plus pod każdym względem. Lubię w zasadzie wszystkich bohaterów, każdy z nich jest przemyślany, ma konkretną rolę, jest dobrze opisany. Autorka doskonale oddała nastoletni wiek opisywanych postaci, ale również indywidualne cechy, także te nadprzyrodzone. Nie mogę też pominąć poczucia humoru zawartego w książce oraz momentów, w których łzy się cisną do oczu. Owszem, są takie i uważam, że bardzo dodają książce wartości.

To piękna powieść. Lekka, ale nie głupia. Daje chwile odpoczynku, i mam wrażenie, że relaksuje te mięśnie, które są spięte podczas długiego i stresującego dnia. Przenosi w inne miejsce. Pozwala odetchnąć  latem, lasem i beztroską. A żeby nie było nudno, to towarzyszymy Kylie w odkrywaniu tajemnicy jej pochodzenia. Myślałam, że jak autorka nie poda w tym tomie, kim Kylie jest, to coś jej zrobię. Czekałam na to od samego początku, czyli „Urodzonej o północy”. Na szczęście, na sam koniec dowiadujemy się, ale to wcale nie jest wyjaśnienie tajemnicy. Wręcz przeciwnie, powstaje jeszcze więcej pytań.

Zdecydowanie będzie ciąg dalszy, to nie może się tak zakończyć. Z niecierpliwością będę czekać na tom czwarty. Gorąco polecam wielbicielom tego typu literatury.

Dziękuję również wydawnictwu Feeria za egzemplarz przedpremierowy. Data wydania 19 listopad.


„Zabrana o zmierzchu”  C.C. Hunter, wyd. Feeria 2014, str. 399


niedziela, 9 listopada 2014

Mój blog zamienił się w dynię.

Mój blog zamienił się w dynię, albo miał zbyt dużą styczność z Ronaldem Wesleyem. Albo przejął się tym, że jest jesień i liście opadają z drzew. Ja tam nie wiem, co mój blog robi jak na niego nie patrzę, wszystko jest możliwe. Efektem powyższych jest ten wygląd, który chyba powinien był rozpocząć swój żywot na Halloween. Może wtedy byście uznali, że to tylko chwilowe. Ja tam nie wiem. W każdym razie, zobaczymy jak długo to dziwo sobie pobędzie w stanie niezmienionym. Ja tym czasem zmierzam napisać dwie zaległe recenzje, może jakaś się dzisiaj jeszcze pojawi. Happy fall 2014? Hm...?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...