piątek, 26 grudnia 2014

Dziedziczki Soplicowa. Joanna Puchalska

Jak tylko przeczytałam o tej książce na blogu Mary, to wiedziałam, aż coś poczułam, że muszę to przeczytać, że to książka dla mnie. Zawsze, kiedy mam takie przeczucie, to nigdy się nie mylę i potem się okazuje, że rzeczywiście ta książka mi się podobała, że coś dzięki niej przeżyłam. I tak samo było w tym wypadku.

„Dziedziczki Soplicowa” to opowieść o dworze w Czombrowie, według wielu przesłanek pierwowzorze Soplicowa z „Pana Tadeusza”, napisana poprzez jego mieszkańców, a głównie mieszkanki. Śladami pań Czombrowa przechodzimy przez kilka pokoleń i szereg wydarzeń, od czasów Mickiewiczowskich aż po współczesne. A co miał Adam Mickiewicz wspólnego z Czombrowem? Otóż ówczesna pani Czombrowa, Aniela z Wierzejewskich Uzłowska została jego matką chrzestną, a jego rodzona matka była tam panną aptekarką. Mam wrażenie, że powiązanie Czombrowa z Soplicowem, to tylko pretekst dla ukazania barwnej historii tego dworu i jego mieszkańców.

Niestety słowo „barwna” należy powiązać nie tylko z na przykład zmianą właścicieli, uprawianiem ziemi (i związanych z tym perypetiach), ale i z obiema wojnami – I i II wojną światową. Czombrów znajdował się w niefortunnym miejscu i podczas obu wojen był nękany co i rusz zarówno przez Rosjan jak i Niemców. Splądrowany wielokrotnie, a na koniec spalony, na zawsze utracił wiele ze swych pamiątek.

Książka ta jest ważna dla mnie pod wieloma względami. Po pierwsze, niesamowicie przyjemnie się przy niej relaksowałam, czytając ją przed snem (cieszę się, że końcówkę książki przeczytałam w ciągu dnia, zaraz do tego dojdę). Jest napisana prosto (widać, że to chyba pierwsza książka pani Puchalskiej), ale bardzo ciepło i przyjemnie. Do tego w sposób niezwykle przystępny, tonem opowieści, przybliża czytelnikowi wiele ciekawych zagadnień i historycznych wydarzeń. Po drugie, właśnie dzięki „Dziedziczkom Soplicowa” miałam okazję dowiedzieć się czegoś o naszej historii, o której niestety wiem bardzo mało, prawie wcale. Nigdy mnie historia nie interesowała, wręcz wzbraniałam się przed nią jak tylko mogłam, a szczególnie polska historia kojarzyła mi się tylko z nadmiernym epatowaniem się cierpieniem podczas wszelkich możliwych świąt. Dzięki tej książce moje spojrzenie na te sprawy zaczęło się odmieniać i chcę lepiej poznać naszą przeszłość. Może to zabrzmi patetycznie, ale kocham Polskę, ten kraj i chciałabym aby działo się tu jak najlepiej. To, przez co przeszliśmy jest nie do opisania i dopiero teraz zaczynam to odczuwać i chcę wiedzieć więcej. Nie ukrywam, że pod koniec książki, gdzie były informacje o wywiezieniu członków rodziny Karpowiczów na Syberię, o spaleniu dworu i utracie wszystkiego, zwyczajnie się popłakałam, bo nie jestem w stanie pojąć jak jeden człowiek, nieważnej jakiej narodowości, może tak zrobić drugiemu i co musiała przeżywać rodzina, stojąc całą noc przed swoim domem i patrzeć jak on płonie. Podziwiam ogrom dzielności ostatniej właścicielki, skoro już jako starsza kobieta była zdolna powiedzieć swojemu synowi, że: „Powinni Panu Bogu dziękować za to, że nikt nie zginął jak w Worończy. Przekonuje go, że wcale nie jest tak najgorzej, choć bardzo żal patrzeć na zgliszcza i żal pianina…”. Wiem, że moja prababcia tak przeżyła widok zbombardowanego na jej oczach domu, że w przeciągu dosłownie chwili osiwiała. Straszne to były czasy i nawet nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jak oni wtedy żyli i co przeżywali.

Może trochę się rozpisałam o smutniejszej części „Dziedziczek Soplicowa”, ale najsilniej ją odczułam. Cała książka jest po prostu zapisem kilku pokoleń, „dziedziczek” dworu, który według wszelkich znaków na niebie i na ziemi, służył za pierwowzór Soplicowa. Adam często tam bywał i znał to miejsce z opowieści. Mam drobne zastrzeżenie do autorki – czasami miałam wrażenie, że nieco nadinterpretuje dane, którymi rozporządzała. Że może niekoniecznie musiało być aż tak, jak mówiła. Np. bardzo sobie pozwalała na dywagacje (przekazane czytelnikowi pewnym głosem), typu:
„On (Kazimierz Karpowicz), urodzony w 1792 roku, zrobił przepisowe sześć klas w nowogródzkiej powiatowej szkole dominikanów, gdzie musiał się spotkać – a może nawet kolegować – z Adamem Mickiewiczem, rocznik 1798”. Takich durnych, według mnie, przypuszczeń jest więcej, szczególnie w pierwszej części książki, najwięcej dotyczącej Adama Mickiewicza. Dlaczego uważam to za durne? Bo po pierwsze książka bazuje na danych sprawdzonych, a tu sobie autorka pozwala na gdybania, po drugie sama mówi, że Karpowicz skończył sześć klas, a Mickiewicz jest od niego dokładnie sześć lat młodszy. Więc albo się minęli, albo byli razem tylko przez rok i może się mylę, ale raczej nawet w tamtych czasach uczniowie najstarszych klas nie kolegowali się z pierwszakami… ;). Oczywiście mogę się teraz całkowicie mylić, bo a nuż to była szkoła, gdzie dzieci każdego wieku miały zajęcia razem. Na szczęście to tylko drobny mankament, na który da się przymknąć oko i spokojnie czytać dalej.

Polecam tę książkę. Oprócz pięknej opowieści dostaniecie dzielnych i dobrych ludzi, bogactwo polskiej historii i wyczuwalny duch patriotyczny. Bardzo mi się „Dziedziczki Soplicowa” podobały. Po ładniejszą recenzję zapraszam ponownie na bloga Mary ;).


„Dziedziczki Soplicowa” Joanna Puchalska, wyd. Muza SA 2014, str. 253

2 komentarze:

  1. To już kolejne pozytywna recenzja tej książki, jaką czytam, mam na nią coraz większą chęć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, to daj się skusić. Moim zdaniem warto :).

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...