sobota, 8 października 2016

Mroczniejszy odcień magii. V.E. Schwab

Książka, o której słyszałam na długo przed jej polską premierą i też chciałam ją przeczytać. Każdy się nią zachwycał! Nie spotkałam się z ani jedną złą opinią. W dodatku to książka o magii. O jej mroczniejszym odcieniu. Mniam. Ja również powinnam być nią zachwycona.

Głównymi bohaterami są Kell, jedyny z dwóch żyjących antari, czyli mogący podróżować pomiędzy światami oraz Lila, złodziejka z Szarego Londynu, która dołącza do Kella w jego misji ratowania nie jednego, a czterech światów! Autorka sięgnęła po trochę już oklepany pomysł z magicznym Londynem i zrobiła z niego aż cztery Londyny, istniejące w alternatywnych światach. Istnieją Londyn Czerwony, Biały, Szary i Czarny. Czerwony to ten najlepszy, magiczny i najzdrowszy, Biały to świat zimny, wrogi, wygłodniały, Szary nie ma magii, a Czarny to ten, w którym istnieje tylko magia i to w najbardziej złej postaci. Ten świat jest odcięty od pozostałych, ale pewne wydarzenie sprawia, że Kell musi się do niego udać. Czy idzie na pewną śmierć? Co się wydarzy po drodze?

Ja naprawdę nie wiem, czym się wszyscy zachwycają. Książka jest zdecydowanie przereklamowana, a już wypowiedź jakiegoś pisarza, że „Akcja tak pędzi, że potrzebuje drugiego egzemplarza, bo w tym podarł kartki od przewracania ich zbyt szybko” to już jakiś mało śmieszny żart. Akcja wręcz stoi w miejscu do jakiejś 140 strony albo i dalej (na 140 spojrzałam jak długo już znoszę tę nudę), a i potem wcale jakoś nie przyspiesza. Mam wrażenie, że przez prawie pół książki autorka dzielnie, acz nieudolnie usiłuje nam przedstawić uniwersum, jakie stworzyła, jego zasady, historię, to jak funkcjonuje teraz i kim jest główny bohater. Niestety, całość wydaje się być płaska, pozbawiona barw, miasta które niby są takie ważne dla fabuły są jakimś marnym tłem dla postaci Kella, który miota się równie nieudolnie między Londynami, tu słuchając jakiejś pozytywki, tam popisując się przed niemagicznym człowiekiem, tam wzdychając ciężko w czasie rozmowy z królem. Dopiero postać Lili trochę urozmaica powieść i wtedy można mówić o jakimkolwiek przyspieszeniu. Mimo to, wciąż odczuwałam niedosyt. Mam wrażenie, że autorka rozpisywała się nie tam, gdzie powinna, a tam gdzie powinna zaznaczyć tło, poszerzyć nieco plan wydarzeń, to właśnie wtedy traktowała dany fragment najbardziej pobieżnie. W sumie szkoda, bo mogłoby z tej książki wyjść coś o wiele lepszego.

Chociaż ostatecznie czytało mi się nienajgorzej, to wcale nie jestem pewna, czy sięgnę po drugi tom. Szkoda mi chyba na to czasu. A książkę uważam ze perfidnie przereklamowaną i ewidentnie na siłę wypromowaną (w mediach zachodnich, nie wiem jak u nas, ale echa tej promocji są widoczne na okładce i skrzydełkach książki).


„Mroczniejszy odcień magii” V. E. Schwab, wyd. Zysk i S-ka 2016, str. 405

wtorek, 4 października 2016

Tańcz, tańcz, tańcz. Haruki Murakami

Odkąd zaczęłam czytać książki Haruki Murakamiego, okładka „Tańcz, tańcz, tańcz” zawsze była moją ulubioną i to tę książkę zawsze najbardziej chciałam przeczytać. Wszystko ma jednak swój czas, więc i dotarcie do tej książki trochę mi zajęło, tym bardziej, że jest to kontynuacja „Przygody z owcą”. Nie trzeba koniecznie czytać najpierw „Przygody z owcą”; „Tańcz, tańcz, tańcz” stanowi osobną powieść, ale jednak są nawiązania i cieszę się, że przeczytałam w tej kolejności. Do czego jednak zmierzam – moje przeczucia się sprawdziły i „Tańcz, tańcz, tańcz” jest jedną z moich dwóch ulubionych książek Murakamiego.

W tej powieści Murakami dotyka sensu egzystencji i swego rodzaju depresji wynikającej z braku poczucia więzi z rzeczywistością. Główny bohater jest oderwany od ludzi, żyje samotnie i nawet jego praca (dziennikarz, wolny strzelec) nie jest w stanie przykuć go do życia. Do czasu, aż w snach zaczyna wołać go dawna kochanka Kiki, która przyzywa go do małego hoteliku w odległym mieście, w którym kiedyś oboje się zatrzymali. Tam główny bohater poznaje recepcjonistkę Yumiyoshi, która jest duszą hotelu, piękną i intrygującą trzynastoletnią Yuki, a także zostaje wciągnięty w inny wymiar na szesnastym piętrze. Wydarzenia zapoczątkowane w tym hotelu prowadzą głównego bohatera do poznania kolejnych ludzi oraz do wielu wydarzeń, które swoim dziwnym splotem i surrealnością odzwierciedlają poplątane wnętrze głównego bohatera i mają za zadanie połączyć go z rzeczywistością, aby wyzdrowiał i wrócił do siebie. Ale czy tak się jednak stanie?

Nie wiem, jak dokładnie przekazać swoje przemyślenia odnośnie tej książki. Ludzie, którzy czytali już prozę Murakamiego, wiedzą jak wielu spraw i poziomów on dotyka. Jego proza przemieszana jest z poezją i chociaż opisuje rzeczy zwykłe i dotyczące każdego człowieka, w jakiś sposób jest w stanie oddać głębię nocnych przemyśleń i wizji, ukrytych myśli, a nawet głębię duszy. Pokazuje tutaj stan człowieka pogrążonego w żałobie i poczuciu bezsensu życia oraz długi proces i ciężką pracę, jaką trzeba wykonać aby powrócić do „normalności”. Ale czy to się kiedykolwiek udaje? Przecież zawsze, tam w głębi, będzie miejsce do którego lepiej nie zaglądać, aby znów się nie pogrążyć. Myślę, że wielu ludzi ma takie zamknięte miejsce, którego lepiej unikać. Czy czasem czujecie się, jakbyście wypływali na powierzchnię, wciągali powietrze głębokim haustem i kaszląc i prychając z trudem przytrzymywali się mokrymi rękami śliskiej krawędzi basenu? Bo czasem codzienne życie właśnie tak wygląda. Odwieczna walka, aby nie utonąć. I to chyba moja interpretacja tego odczucia przedzierania się przez życie, ale chciałabym zacytować fragment, który doskonale to oddaje.

„Musisz tańczyć. Kiedy słyszysz muzykę, musisz tańczyć. Rozumiesz, co mówię? Tańczyć. Ciągle tańczyć. Nie wolno ci się zastanawiać, po co tańczysz. Nie wolno ci myśleć, co to znaczy, bo to nie ma znaczenia. Jeśli zaczniesz o tym myśleć, zatrzymasz się w tańcu. A kiedy się zatrzymasz, nie będę mógł już nic dla ciebie zrobić. Znikną wszystkie twoje połączenia. Znikną na zawsze. A wtedy będziesz mógł żyć tylko w tym świecie.* Stopniowo zostaniesz tu wciągnięty. Dlatego nie możesz się zatrzymać. Nawet jeżeli wyda ci się to strasznie głupie, nie możesz się tym przejmować. Musisz starannie stawiać kroki i ciągle tańczyć. I tym sposobem choćby po trochu zmiękczysz to, co w tobie stwardniało. Nie na wszystko jest już za późno. Musisz wykorzystać, co się da. Zrobić wszystko, na co cię stać. Nie masz się czego bać. Na pewno jesteś zmęczony. Zmęczony i przestraszony. Każdy ma takie chwile. Wszystko wydaje się pomyłką i dlatego ludzie się zatrzymują.
   Podniosłem głowę i przez pewien czas patrzyłem na cień na ścianie.
- Ale musisz tańczyć – ciągnął Człowiek-Owca. – I tańczyć jak najpiękniej. Tak, żeby wszystkich zachwycić. Wtedy być może będę mógł ci pomóc. Dlatego musisz tańczyć. Tak długo jak gra muzyka.”

Gorąco polecam tę książkę, chociaż mam wrażenie, że powieści Murakamiego są tak stworzone, że muszą trafić na odpowiedni moment w życiu człowieka, bo inaczej nie będą pasować. Ja sama kiedyś zarzekałam się, że go nie będę czytać, że nudny i tym podobne. A teraz jest jednym z moich ulubionych pisarzy i niesamowicie podoba mi się magia poezji, jaką zatapia w swojej prozie. Jego książki czytam powoli, często przerywam i rozmyślam. Skłania do refleksji, do zagłębienia się w siebie. 

 „Tańcz, tańcz, tańcz” Haruki Murakami, wyd. Muza 2013, str. 528

* W moim odczuciu „ten świat” to świat pogrążenia się w depresji, odcięcia od życia, skamienienia, być może śmierci.
(cyt. ze str. 121-122)

niedziela, 2 października 2016

Przeczytane we wrześniu. Podsumowanie

W tej powieści Murakami dotyka sensu egzystencji i swego rodzaju depresji wynikającej z braku poczucia więzi z rzeczywistością. Główny bohater jest oderwany od ludzi, żyje samotnie i nawet jego praca (dziennikarz, wolny strzelec) nie jest w stanie przykuć go do życia. Do czasu, aż w snach zaczyna wołać go dawna kochanka Kiki, która przyzywa go do małego hoteliku w odległym mieście, w którym kiedyś oboje się zatrzymali. Tam główny bohater poznaje recepcjonistkę Yumiyoshi, która jest duszą hotelu, piękną i intrygującą trzynastoletnią Yuki, a także zostaje wciągnięty w inny wymiar na szesnastym piętrze. Wydarzenia zapoczątkowane w tym hotelu prowadzą głównego bohatera do poznania kolejnych ludzi oraz do wielu wydarzeń, które swoim dziwnym splotem i surrealnością odzwierciedlają poplątane wnętrze głównego bohatera i mają za zadanie połączyć go z rzeczywistością, aby wyzdrowiał i wrócił do siebie. Ale czy tak się jednak stanie?

Pełna recenzja niedługo.

"Tańcz, tańcz, tańcz" Haruki Murakami, wyd. Muza S.A. 2013, str. 528

Po Murakamim miałam ochotę na coś lekkiego i nie ma wtedy nic lepszego, niż prosta amerykańska literatura rozrywkowa. „Pierwszy grób po prawej”, paranormalny kryminał połączony z romansem, doskonale się w tym sprawdził. Charley Davidson to chodząca śmierć, a także prywatny detektyw. Duchy muszą przez nią przejść, żeby na zawsze opuścić ten padół łez, a żeby zarobić na życie Charley służy pomocą policji wykorzystując to, że może rozmawiać z duszami zmarłych i często jest w stanie odkryć rzeczy, które inaczej zostałyby na zawsze niewiadomą. A teraz, nie dość że rozwiązuje sprawę trzech zamordowanych prawników, to jeszcze w snach nawiedza ją tajemniczy facet, o którym nie może zapomnieć również na jawie.

To książka służąca kilku chwilom lekkiej rozrywki, nawet nie była jakoś szalenie wciągająca, ale przyjemnie się czytało. Może kiedyś przeczytam dalszy ciąg. Problem w tym, że sporo już takich książek przeczytałam i choć czasem mam na nie ochotę, to później się okazuje, że wszystko już było i mało co mnie zachwyca. Ale książka ok.

„Pierwszy grób po prawej” Darynda Jones, wyd. Papierowy Księżyc 2012, str. 372

Demian. Demian. Od czego tu zacząć? To moja pierwsza powieść Hermanna Hesse i pewnie nie ostatnia. Choć to się jeszcze okaże.
Demian. Historia młodości.
O tym, jak dziecko staje się młodzieńcem, aby stać się dorosłym.
O tym, jak wiele własnych barier trzeba złamać.
I jak bardzo to boli.
Jak kłamstwo na zawsze zostawia ślad.
I jak daleko można zajść, aby potem wrócić po przebaczenie.
Jak trudno zapomnieć i jak łatwo wszystko spamiętać.
Demian. Historia przeciwstawiania się swoim lękom.
Walka z własną podświadomością.
I czy po tym wszystkim można jeszcze mówić, że jest się sobą.
Kim tak naprawdę jest ta osoba?

Dziwię się, że ta książka nie jest szerzej znana, że nie jest w szkole pozycją obowiązkową. To idealna książka dla dorastającego człowieka, podająca szerokie pole do dyskusji na tak wiele ważnych tematów. To książka, którą można pamiętać do końca życia, jeśli tylko przeczytało się ją w odpowiednim momencie. Nie ze wszystkim się zgadzałam, co Hermann Hesse napisał, zdecydowanie nie podobała mi się postać Abraxasa, trochę też mącił a propos snów, mocno pachniało Freudem (co nie dziwi, „Demian” powstał po tym jak pisarz poddał się psychoterapii u dr. Langa oraz mocno zainteresował psychoanalizą), ale ogólnie całość bardzo mi się podobała i wiele elementów mogłam odnieść do siebie.

Posłużę się cytatem, tym razem z okładki, ponieważ uważam, że żadne moje słowa nie oddadzą tak dobrze istoty tej książki.

„Trzymasz w ręku jedną z tych książek, które stały się rodzajem katechizmu dla wielu pokoleń poszukujących nowych wartości etycznych. Ludzi, dla których często alternatywą wobec szarej, bezwartościowej obyczajowości drobnomieszczańskiej stawał się cyniczny nihilizm. Bohater „Demiana” to człowiek, któremu „ból egzystencji” kazał wystawić głowę ponad bezrefleksyjnie przyjmowane stereotypy myślowe, by poszukiwać nowych dróg rozwoju. Bohater ów – tak samo jak ci, których myśli i uczucia werbalizował Hesse – pragnie odnaleźć prawdę o człowieczeństwie, dotrzeć do elementarnej istoty istnienia, wspólnej dla całego kosmosu. Próbuje on odnaleźć drogę do miejsca, z którego wyrasta uniwersalne prawo moralne, gdzie zacierają się różnice między skrajnościami: etyką a instynktem; gdzie obecność skrajności jest przejawem pełni i gwarancją harmonii.”

„Demian” Hermann Hesse, wyd. „Wydawnictwo Głodnych Duchów” 1990, str. 169

Trzeci tom, kontynuacja „Króla kruków” i „Złodziei snów”. Blue, Gansey, Ronan i Adam wreszcie znajdują grób. Tylko, że nie jest to Glendower. I wciąż nie ma matki Blue. Za to śmierć się zbliża i można wyczuć, jak jest coraz bliżej, jak oddycha prosto w kark… To zdecydowanie mroczniejsza książka od pierwszych dwóch. I bardziej koncentruje się na relacjach między bohaterami i ich wnętrzach niż na samych wydarzeniach, choć oczywiście sporo akcji też tu jest. Widać, jak każde z nich się zmienia i jak dojrzewa.

W trakcie czytania przyszło mi do głowy, że mogliby te książki sfilmować. Wyszłyby świetne filmy YA, trochę nawet dziwne, ze jeszcze tego nie zrobiono. Wybaczcie, że nie mam za dużo do powiedzenia, ale to trzeci tom…

„Wiedźma z lustra” Maggie Stiefvater, wyd. Uroboros 2016, str. 448

Książka, o której słyszałam na długo przed jej polską premierą i też chciałam ją przeczytać. Każdy się nią zachwycał! Nie spotkałam się z ani jedną złą opinią. W dodatku to książka o magii. O jej mroczniejszym odcieniu. Mniam. Ja również powinnam być nią zachwycona.

Głównymi bohaterami są Kell, jedyny z dwóch żyjących antari, czyli mogący podróżować pomiędzy światami oraz Lila, złodziejka z Szarego Londynu, która dołącza do Kella w jego misji ratowania nie jednego, a czterech światów! Autorka sięgnęła po trochę już oklepany pomysł z magicznym Londynem i zrobiła z niego aż cztery Londyny, istniejące w alternatywnych światach. Istnieją Londyn Czerwony, Biały, Szary i Czarny. Czerwony to ten najlepszy, magiczny i najzdrowszy, Biały to świat zimny, wrogi, wygłodniały, Szary nie ma magii, a Czarny to ten, w którym istnieje tylko magia i to w najbardziej złej postaci. Ten świat jest odcięty od pozostałych, ale pewne wydarzenie sprawia, że Kell musi się do niego udać. Czy idzie na pewną śmierć? Co się wydarzy po drodze?

Ja naprawdę nie wiem, czym się wszyscy zachwycają. Książka jest zdecydowanie przereklamowana, a już wypowiedź jakiegoś pisarza, że „Akcja tak pędzi, że potrzebuje drugiego egzemplarza, bo w tym podarł kartki od przewracania ich zbyt szybko” to już jakiś mało śmieszny żart. Akcja wręcz stoi w miejscu do jakiejś 140 strony albo i dalej (na 140 spojrzałam jak długo już znoszę tę nudę), a i potem wcale jakoś nie przyspiesza. Mam wrażenie, że przez prawie pół książki autorka dzielnie, acz nieudolnie usiłuje nam przedstawić uniwersum, jakie stworzyła, jego zasady, historię, to jak funkcjonuje teraz i kim jest główny bohater. Niestety, całość wydaje się być płaska, pozbawiona barw, miasta które niby są takie ważne dla fabuły są jakimś marnym tłem dla postaci Kella, który miota się równie nieudolnie między Londynami, tu słuchając jakiejś pozytywki, tam popisując się przed niemagicznym człowiekiem, tam wzdychając ciężko w czasie rozmowy z królem. Dopiero postać Lili trochę urozmaica powieść i wtedy można mówić o jakimkolwiek przyspieszeniu. Mimo to, wciąż odczuwałam niedosyt. Mam wrażenie, że autorka rozpisywała się nie tam, gdzie powinna, a tam gdzie powinna zaznaczyć tło, poszerzyć nieco plan wydarzeń, to właśnie wtedy traktowała dany fragment najbardziej pobieżnie. W sumie szkoda, bo mogłoby z tej książki wyjść coś o wiele lepszego.

Chociaż ostatecznie czytało mi się nienajgorzej, to wcale nie jestem pewna, czy sięgnę po drugi tom. Szkoda mi chyba na to czasu. A książkę uważam ze perfidnie przereklamowaną i ewidentnie na siłę wypromowaną (w mediach zachodnich, nie wiem jak u nas, ale echa tej promocji są widoczne na okładce i skrzydełkach książki).

„Mroczniejszy odcień magii” V. E. Schwab, wyd. Zysk i S-ka 2016, str. 405

Najnowsza wydana u nas pozycja Maggie Stiefvater. Jak już zdążyliście się przekonać, bardzo lubię jej powieści, styl pisania i wrażliwość emocjonalną. Po „Grzesznika” sięgnęłam tym bardziej chętnie, gdyż jest to nawiązanie do jej trylogii „Drżenie”, „Niepokój” i „Ukojenie”. Książki te kocham i ostatnio nawet bardzo intensywnie je wspominałam, jako że dzieją się na jesieni i w zimę, a my właśnie jesień powitaliśmy. Niestety, akcja „Grzesznika” nie dzieje się w jesiennych lasach, a w słonecznym Los Angeles. Głównymi bohaterami są postaci drugoplanowe wspomnianej trylogii – Isabel i Cole.

Autorka tym razem stworzyła romans w jego czystej postaci i gdyby nie drobne epizody, kiedy Cole zamieniał się w wilka, książkę spokojnie można by uznać za powieść obyczajową, a nie fantastykę. Isabel jest piękna i boleśnie niedostępna. Jej lodowata otoczka nie dopuszcza do siebie nikogo. Zbyt wiele razy została skrzywdzona, by pozwolić sobie komuś ponownie zaufać. Cole za to wręcz przeciwnie - gwiazda rocka, pozornie otwarty na wszystkich, kiedyś uznany za zmarłego, teraz usiłuje udowodnić wszystkim, że się zmienił. Kocha Isabel i tylko ona utrzymuje go na powierzchni. Tyle tylko, że to ona też najczęściej spycha go na samą krawędź. Dwie poranione istoty walczą ze sobą samym, aby móc tej drugiej osobie wyznać, że ją kochają.

Hm… Co tu dużo mówić. Taki romans YA. Parę lat temu byłabym zachwycona, teraz jakoś nie bardzo. Czytałam chyba tylko dzięki temu, że napisała to Maggie Stiefvater, a ja jednak bardzo lubię jej pisarstwo. Momentami powieść mnie nudziła. Nie dlatego, że była źle napisana, ale po prostu sama tematyka. Mnóstwo takich historii kiedyś przeczytałam, a nawet sama napisałam. Równie dobrze ta historia mogłaby być dowolnym fan fickiem, tyle tylko że napisanym przez znaną pisarkę i wydanym.
Sięgnęłam po tę książkę, bo tęsknię za magią wykreowaną w „Drżeniu”, ale tutaj kompletnie tego nie było.

Myślę, że książka spodoba się większości nastolatek i wielbicielek młodzieżowych romansów. W tej kategorii wypada naprawdę super.

"Grzesznik" Maggie Stiefvater, wyd. YA! 2016, str. 429

piątek, 2 września 2016

Przeczytane w sierpniu. Podsumowanie.

Jesień jest już zdecydowanie tu. Ludzi jest znowu jakby więcej, zaczyna się coś dziać. I nawet powietrze pachnie inaczej, a ja czuję takie przyjemnie musowanie, jakby drobne bąbelki krążące niewidzialnie, a wyczuwalne - czytaj, czytaj, czytaj. Tak, ostatnio więcej myślę o czytaniu, chętniej wracam do książek, zaczynam znowu z ekscytacją planować po jaki tytuł następnie sięgnę. Brakowało mi tego, lato przeszło jakoś bez większych chęci czytania, czasem czytałam tylko w drodze do pracy, aby się czymś zająć, nie lubię marnować czasu w komunikacji miejskiej. Teraz to się odmienia i dobrze mi z tym!

A oto tytuły z sierpnia:

Nie mogłam się doczekać tej książki po Polsku (W Polsce tomy serii znane są jako „Zła krew” i „Dzika krew”), czekanie kolejny rok na trzeci tom wydawało się strasznym okrucieństwem wobec czytelnika. Także poradziłam sobie sama. I och, co to była za książka.

Z początku myślałam sobie, że to taki zwyczajny ciąg dalszy, że tom pierwszy był najlepszy i chociaż książka mi się podobała, to tak czytałam ją bez większego entuzjazmu, nieco cynicznie myśląc, że tomy pierwsze zawsze są najlepsze. I w sumie nadal tak trochę myślę, choć zakończenie książki zmieniło całą moją perspektywę. Z całej serii to właśnie zakończenie będę zawsze najmocniej pamiętać i przebiło ono wszystko, co autorka wcześniej nam opisała. No, ale przecież nie zdradzę wam zakończenia.

W skrócie – Nathan szaleje po śmierci ojca, dyszy żądzą zemsty na Annalise, oddala się przy tym od Gabriela do tego stopnia, że martwiłam się, co z nimi dalej będzie – przecież on go potrzebuje – oraz ci dobrzy planują atak ostateczny na Białych, a Nathan ma być ich tajną bronią. Książkę bardzo dobrze się czyta, fajnie było móc zobaczyć oryginalny styl autorki i muszę wam powiedzieć, że książki na polski są bardzo dobrze przetłumaczone i wspaniale oddają przekaz, „energię” Nathana i całej powieści. Żałuję, że nie mogę więcej powiedzieć o zakończeniu. Wbiło mnie w ziemię, wypłakałam sobie oczy i do tej pory boli mnie serce jak o nim myślę.

To naprawdę dobra powieść, nawet powiedziałabym że świeża przy tym zalewie YA. Polecam.

„Half lost” Sally Green, wyd. Penguin Books 2016, str. 337


Info: Książka po polsku będzie już niedługo wydana, pt. „Prawdziwa krew”. (Tytuł mi się nie podoba, nie ma nic wspólnego z treścią książki, nie tak jak „Half lost”. Nie mogli przetłumaczyć np. „Stracona krew”? Bardziej odpowiednie. Dlaczego ja się zawsze muszę denerwować przekładami tytułów?).

Kontynuacja „Króla kruków”, czyli dalsze poszukiwania Glendowera. Oczywiście robi się coraz mroczniej i niebezpieczniej, ludzie się zmieniają, pojawiają się nowi, przyjaźnie się rozpadają i rodzą miłości.

Z początku zawsze trudno mi wejść w powieści Maggie Stiefvater, musi minąć kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt stron, zanim przyzwyczaję się do jej stylu pisania, a wtedy już od powieści nie mogę się oderwać, a na koniec mam ochotę natychmiast na ciąg dalszy. Z jednej strony nie mam za dużo do opowiadania o tej książce, ot, opowiastka dla młodszej części publiczności, a z drugiej strony uważam powieści Maggie Stiefvater za jedne z najlepszych w tym gatunku. Ona ma coś takiego, że przyzywa magię i Ty, drogi czytelniku, jesteś tą magią osaczony, dopóki nie przebrzmi ostatnie słowo. A nawet potem, bo chce się wrócić, marzy się o dalszym ciągu. Na mnie już oczywiście czeka trzeci tom. Za długo też zbierałam się do przeczytania tego tomu. Po „Królu kruków” bardzo miałam chciałam od razu dalej czytać, ale wiadomo, dużo innych książek, czasem brak czasu, a w moim konkretnym przypadku brak uzupełnienia serii przez panie bibliotekarki. Tak długo nie mogłam się doczekać „Złodziei snów”, że w końcu sama zakupiłam, po czym oczywiście się okazało, że jak już zakupiłam tom drugi (nie posiadając pierwszego) to nagle w bibliotece pojawiły się tomy 2 i 3. Jakiś wredny kawał od losu…

Tak czy inaczej, całą serię bardzo polecam.

„Złodzieje snów” Maggie Stiefvater, wyd. Uroboros 2015, str. 479

Teraz coś z rodzimej literatury fantasy, którą zawsze bardzo lubiłam. „Szeptucha” to nowe dzieło Katarzyny Bereniki Miszczuk, znanej z zabawnej trylogii „Ja, diablica”.

„Szeptucha” to powieść, która łączy w sobie fantastykę, słowiańską mitologię, szczyptę historii i w zasadzie toczy się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie Mieszko I wciąż żyje, Polska jest jednym z największych mocarstw na świecie i jednym z nielicznych krajów, gdzie wciąż utrzymuje się monarchia, a ludzie leczą się zarówno współczesną medycyną jak i uwielbiają korzystać z porad wykształconych w zielarstwie i magii kobiet, oficjalnie zwanych Szeptuchami, a mniej oficjalnie Babami Jagami. Główna bohaterka, studentka „poważnej” medycyny musi odbyć obowiązkowe praktyki u szeptuchy, w związku z czym wyjeżdża na odległą wieś, z której pochodzi jej mama i najbliższa przyjaciółka, a z którą ona zdaje się nie mieć nic wspólnego. Tam konfrontuje swoje złudzenia i oczekiwania z rzeczywistością, a poza tym odkrywa, że postaci z baśni i legend nadal istnieją, a w dodatku ona jest ich częścią.

Wiadomo, nie oczekujmy tutaj wyższej literatury, szczególnie że autorka się w takiej nie specjalizuje, ale książka bardzo, ale to bardzo mi się podobała. Pomijam, że lekka, zabawna i szybko się czyta. Przede wszystkim ogromnie przyjemnie było mi zanurzyć się w naszej własnej słowiańszczyźnie. Czemu tak mało jest takich książek? Czemu królują u nas stwory kultury zachodniej, a nasze własne strzygi, utopce, wodniki i bogowie nie rysują się nawet w ludzkiej świadomości? A to takie barwne towarzystwo, takie pole do popisu dla wyobraźni pisarza! Bardzo się cieszę, że ktoś zdecydował się czerpać z tego źródła. Dobra wiadomość jest też taka, że to nie jest pojedyncza powieść (jak myślałam ja), ale trylogia.

Sami bohaterowie fajni, akcja wartka, trochę humoru, trochę romansu. Mnie się podobało.

„Szeptucha” Katarzyna Berenika Miszczuk, wyd. W.A.B. 2016, str. 414

To najdziwniejsza książka, jaką w życiu czytałam. Nawet nie wiem od czego zacząć przedstawianie jej.
Z początku czyta się jak skandynawski kryminał – w ponurym, mglistym i deszczowym rejonie Szkocji codziennie na ulice wyjeżdża młoda kobieta. Poszukuje autostopowiczów, ale nie byle jakich. Muszą spełniać odpowiednie warunki – przede wszystkim, autostopowicz musi być płci męskiej, młody, silny, umięśniony, z dobrą sylwetką. Od początku wiadomo, że zwabieni mężczyźni tego nie przeżywają. Najpierw wydawało mi się, że chodzi o seks. Jakaś psychopatka jeździ po okolicy, wykorzystuje ich, a potem zabija. Ale nie. Tu chodzi o coś więcej. I to więcej jest stopniowo uwalniane, aż kiedy prawda do nas dociera, otwieramy szeroko oczy, nie mogąc uwierzyć. Nie wiedziałam, czy mam się czuć oszołomiona, czy przyklasnąć wyobraźni autora. Na pewno czułam obrzydzenie i wstręt. Zastanawiałam się czy dalej czytać. Ale czytałam, bo tu nie chodziło o tę prawdę, ale o główną bohaterkę, która choć była głównym sprawcą zaginięć autostopowiczów, to nie robiła tego z własnej woli. Przeżywamy jej coraz większy bunt, zniewolenie, brak wyjścia, samotność, niezrozumienie. Nie należy ona do nikogo. W powieści czuć nieustanny ruch, obracające się koła samochodu i deszcz uderzający o szyby.

Nie jest to powieść mus i na pewno nie jest dla każdego. Ale zmusza do myślenia, jest oczywistą alegorią naszego świata, wszystko tu zostało zaplanowane. Autor każe się czytelnikowi zastanowić „Kim jesteś?” „Czy nadal chcesz tak żyć?” „Czy uważasz, że to jest słuszne?”. Nie powiem, odtrącałam jeden aspekt książki, nie chciałam się postawić na miejscu autostopowiczów, czy raczej tego, co reprezentowali. Poniekąd już przez to przeszłam i podjęłam swoją decyzję.

„Pod skórą” Michel Faber, wyd. W.A.B. 2005, str. 318

Książka nadal w czytaniu: „Historia koreańskiego konfucjanizmu” (idzie mi strasznie powoli, ale idzie)
Książka w większości przeczytana w sierpniu, ale jednak jeszcze nie skończona „Tańcz, tańcz, tańcz” Haruki Murakami

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Przeczytane w lipcu. Podsumowanie

W lipcu przeczytałam tylko dwie książki, dwie i pół, jeśli policzyć niedokończoną powtórkę "Nomen Omen" (w ponownym czytaniu książka średnio mnie bawiła, a w połowie zaczęła nudzić, więc ją porzuciłam - szkoda czasu), co już dawno mi się nie zdarzyło. Zaczęłam trzy inne książki, ale tak powoli mi szły, że żadnej do końca lipca nie skończyłam, także pewnie wylądują w podsumowaniu sierpnia.

Nie mogę uwierzyć, że to już koniec tej serii. Jedna z lepszych o magii, jakie w życiu czytałam. Lev Grossman zbudował bardzo kompletny świat, bazujący trochę na współczesnych baśniach, trochę na mitach, trochę na popkulturze, a wszystko to okrasił gorzką posypką codzienności. I stworzył coś naprawdę fantastycznego.

W trzecim i ostatnim tomie toczy się bitwa z losem o umierające Fillory, a ostatecznym bohaterem jest nie kto inny, jak Quentin, z czego bardzo się cieszę bo nareszcie miał swoje pięć minut. Bardzo polubiłam postać Quentina mimo jego rozlicznych wad, a autor bardzo dobrze pokazał jego rozwój na przestrzeni tych trzech tomów. Na koniec trzydziestoletni Quentin osiągnął pewien rodzaj spokoju i dojrzałości, ale wciąż zachował swoje wnętrze pełnego nadziei dziecka i bardzo mi się to spodobało.

Co tu dużo mówić, nigdy nie umiem się rozpisywać o kolejnych tomach serii. Autor podtrzymał dobry poziom przy każdej z książek. Żadnego tomu nie można nazwać gorszym. Reszta bohaterów również przechodzi wiele zmian, dojrzewają, poznają się lepiej, osiągają kolejne cele, czasem takie, o którym nawet im się nie śniło. Najbardziej lubię w tych książkach tę nutę cynizmu i autoironii, jaką się wszyscy wykazują. Są tacy ludzcy. Autor nie tworzy kolejnych bohaterów, z których większość wykazuje osobowość na poziome zero. To są ludzie – z wadami i zaletami, lubiący się, kochający, nienawidzący. Mają wewnętrzne rany, rozterki, nadzieje i marzenia. Piękne to. Na koniec trochę się uśmiałam, bo tak jak przez cały czas, pomimo baśniowej aury powieści, powtarzałam, że to nie jest lukrowana bajeczka, to właśnie na samo zakończenie autor stworzył coś tak słodkiego i różowego, że można się tylko szeroko uśmiechnąć. Uwielbiam ten paradoks. Po tylu mrocznych wydarzeniach takie zakończenie. Ale to musicie już przeczytać sami. Ja ogromnie, ogromnie polecam.

„Kraina Czarodzieja” Lev Grossman, wyd. Sonia Draga 2016, str. 510

Jak sama nazwa wskazuje, „W Korei” to zbiór esejów autorki z jej przeżyć w Korei. Muszę przyznać, że to bardzo dobra książka, chyba jedyna taka na naszym rynku, która w sposób bardzo konkretny i przejrzysty przedstawia w skrócie najważniejsze cechy Koreańczyków, opisuje jak się żyje, kocha i pracuje w Korei. Za pomocą krótkich historyjek z własnego życia, autorka pokazuje, jak np. wygląda jej własny dzień w dużej korporacji (tona absurdów i ciężkiej pracy), co ją spotkało w koreańskiej służbie zdrowia, jak wygląda przejazd metrem (o wiele bardziej „rozrywkowy” niż w Warszawie), czy  też jak Koreańczycy podchodzą do kwestii prawdziwej miłości. Wszystkie te opowieści były mocne, głównie dzięki, powiedziałabym, że męskiemu sposobowi opisywania. Sama autorka właśnie tak mi się jawi – bardzo mocna, konkretna osoba, zdecydowana i zahartowana życiem w Korei, które szczególnie dla pracownika korporacji jest bardzo ciężkie. Ja osobiście nie wyobrażam sobie takiego stylu życia (i przede wszystkim tych ilości spożywanego alkoholu na przymusowych firmowych wyjściach).

To, co mi się w tej książce nie podobało, to brak pozytywnego ukazania Koreańczyków, tak jakby w ich życiach nic dobrego się nie działo, a oni sami byli pozbawieni ludzkich cech. Jestem w stanie zrozumieć, czemu tak wyszło – autorka eseje swoje pisała w pierwszych latach pobytu w Korei, a wtedy najbardziej odczuwa się „szok kulturowy” i wszystko wydaje się złe. Ja sama po półtorarocznym pobycie w Irlandii byłam daleka od zachwytów nad tym krajem i jak się mnie ktoś o pobyt tam wypytywał, wymieniałam wszystko co złe i co mi się nie podobało. Dopiero po latach jestem w stanie docenić dobre elementy. Niemniej jednak, trochę już minęło od powstania tych esejów, a i zostały one wydane w postaci książki, dlatego uważam, że zaistniałe tam opisy powinny być bardziej wyważone i pokazać również dobrą stronę Korei. Gdybym miała przyjąć Koreę taką jaką ją opisuje autorka, to mogłabym już zakończyć moją znajomość z tym krajem, a nie wierzę, aby wszystko tam tak źle wyglądało. Koreańczycy to też ludzie i pomimo ich zamkniętego stylu bycia, ich oziębłości i częstego wyrachowania na pewno mają też dobre cechy. I tego mi w tej książce zabrakło. Ciekawa też jestem co się zmieniło w mentalności Koreańczyków i w ich stylu życia, w końcu od napisania tych esejów minęło już dziesięć lat.

Książkę polecam, w krótki i konkretny sposób tworzy ogólne pojęcie o Korei Południowej.

„W Korei. Zbiór esejów 2003-2007” Anna Sawińska, wyd. Kwiaty Orientu 2012, str. 182

Książki zaczęte: 
"Historia koreańskiej myli konfucjańskiej" Keum Jang-Tae
"Królowie Dary" Ken Liu
"Half Lost" Sally Green

piątek, 1 lipca 2016

Przeczytane w czerwcu. Podsumowanie.

Po pierwszej serii Sary J. Maas pt. „Szklany tron”, niezbyt chętnie byłam do autorki nastawiona i do nowej serii podchodziłam z dużym dystansem. Niestety (albo stety), olbrzymia ilość pozytywnych recenzji sprawiła, że postanowiłam dać jej szansę. I… uff! Książka bardzo mi się podobała.

„Dwór cierni i róż” to tak zwany „retelling” bardzo dobrze nam znanej (głównie za pomocą bajki Disneya) baśni „Piękna i bestia”. Trzeba przyznać, że Sarah J. Maas wykonała kawał dobrej roboty. Powieść od samego początku wciąga nas w swój świat, powoli rozrysowuje obecną sytuację i opowiada o tym, co doprowadziło do tego, że teraz panuje rozłam pomiędzy ludźmi a faerie. Główna bohaterka, Feyra, chcąc zapewnić byt rodzinie, popełnia ogromny błąd, za który musi zapłacić własnym życiem. Zostaje uwięziona w zamku jednego z książąt Prythianu, gdzie powoli odnajduje swoje miejsce, a wręcz stara się pomóc „Bestii” przełamać czar.

Nie wszystko jest tak bezpośrednie jak w baśni, np. Tamlin może się przemieniać w bestię dzięki swojej naturze, a klątwa objawia się w inny sposób. Samej Feyrze daleko też do zakochanej w książkach Belli.

Książkę czytało mi się fantastycznie, a im bliżej końca, tym coraz lepiej. Niestety moje odczucia nie były pełne zachwytów, szczególnie w pierwszej połowie. Mam problem z pisarstwem pani Maas. Według mnie pisze dobrze i ma potencjał, ale wciąż tak naprawdę szlifuje warsztat i kiedyś może będzie pisać jeszcze lepiej. Już uważam, że z tą książką się poprawiła w stosunku do „Szklanego tronu”, ale wciąż były bardzo nierówne momenty, kiedy moja uwaga w trakcie czytania zwyczajnie odlatywała i musiałam na powrót skupiać się na treści. Niemniej jednak, bardzo polubiłam bohaterów i chciałabym od razu czytać tom drugi. Oczywiście mamy tu skomplikowany trójkąt miłosny, o którym jeszcze nie wie sama bohaterka, ale coś czuję, że w drugim tomie będzie miała masę dylematów.
Widać, że pisarka stara się rozbudować powieść i pogłębić świat przedstawiony, ale wciąż musi nad tym pracować, aby nie wychodziło zwykłe czytadło fantasy dla młodzieży. Ale czuję, że będzie lepiej i jeszcze się rozwinie, jak nie w tej serii to w następnych.


„Dwór cierni i róż” Sarah J. Maas, wyd. Uroboros 2016, str. 526

Odkąd ta książka została wydana, bardzo chciałam ją przeczytać, pomimo wielu negatywnych opinii różnych znanych mi osób. W końcu książka sama do mnie przyszła, kiedy koleżanka zaproponowała mi jej pożyczenie, bardzo przy tym zaznaczając, że naprawdę jest niewarta czytania. Jak jest naprawdę?

Charlotte Cho, Amerykanka koreańskiego pochodzenia opowiada historię, jak z kalifornijskiej ślicznotki (farbowane blond włosy i skóra opalona najciemniej jak się da) przeistoczyła się w koreańską piękność z idealną (i jasną) cerą. Książka zawiera sporo elementów autobiograficznych, autoreklamy (autorka bardzo namiętnie reklamuje swój internetowy sklep z koreańskimi kosmetykami), ale również faktycznie przedstawia w prosty sposób podstawy pielęgnacji na sposób koreański.

Nie uważam, żeby ta książka była jakimś arcydziełem, spokojnie można ją „olać”, szczególnie jeśli ktoś profesjonalnie bądź hobbystycznie zajmuje się skórą i kosmetykami. Niemniej jednak uważam, że wiele kobiet i młodych dziewczyn, może skorzystać, z wydawałoby się, bardzo podstawowych porad autorki. Pracuję w branży kosmetycznej i niestety wiem, że wiele pań pomija tak podstawowe kroki jak porządne umycie twarzy czy nawodnienie skóry. Ta książka jest dla nich. Dzięki niej poznają proste mechanizmy działania skóry i nauczą się podstawowych składników często używanych w kremach i produktach oczyszczających. Może też chętniej będą dbać o skórę, jeśli przekona je koreańskie (nieco filozoficzne) podejście do kwestii piękna i zdrowia – to co robimy teraz, będzie miało efekty w przyszłości. Jeśli teraz ochronimy skórę przed słońcem, to w przyszłości uchronimy ją przed przebarwieniami i zmarszczkami. To, że skóra jest gładka teraz, nie znaczy, że taka zostanie na zawsze. Dlatego dbajmy o nią i zapobiegajmy wcześniej.

Mnie samej książkę czytało się bardzo przyjemnie i chociaż znałam już koreański sposób pielęgnacji, to miło było sobie to powtórzyć, odświeżyć wiedzę i zainspirować się do jeszcze lepszej pielęgnacji. Polecam.

„Sekrety urody Koreanek” Charlotte Cho, wyd. Znak Litera Nova 2016, str. 223

Jak pewnie już zauważyliście, ostatnio dość mocno interesuje mnie Korea Południowa i chętnie wyszukuję książek z nią z związanych. Tym razem wynalazłam sobie „The Korean Way In Business”. Książka pozornie opowiada o biznesie, a tak naprawdę doskonale przedstawia w prosty i przystępny sposób mentalność, zwyczaje i zachowania Koreańczyków. Autor cały czas wraca do kwestii biznesowych, podpowiada jak się zachować w firmie na spotkaniu z prezesem, czy na kolacji firmowej, ale nie tylko. Bardzo dużo się z tej książki dowiedziałam, począwszy o historii tego kraju, a skończywszy na relacjach męsko damskich. Korea to kraj bardzo postępowy, jeden z najbardziej stechnologizowanych na świecie, ale jeszcze ma sporo do przerobienia, m.in. równouprawnienie kobiet, czy takie kwestie jak przemoc domowa. To tylko niektóre z ciężkich problemów, jakimi Koreańczycy muszą się jeszcze zająć.

Mimo tego, wciąż bardzo mnie ten kraj interesuje. Dostrzegam w nim wiele pozytywnych elementów, jak na przykład duży szacunek do drugiej osoby czy niekończąca się chęć do samodoskonalenia. To bardzo motywujące, aż sama też czasem mam ochotę zagrzać się do walki „Fighting!”.

Korea ujmuje na wiele sposobów, ale mając świadomość również jej ciemnej strony, staram się utrzymać balans i dowiadywać wciąż nowych rzeczy. „The Korean Way In Business” jest doskonałą książką dla wszystkich osób, które dopiero zaczynają znajomość z tym krajem i chciałyby bliżej poznać jego kulturę, a także dla osób, które na poważnie zamierzają zaangażować się z Koreą na polu biznesowym.

„The Korean Way In Business”, wyd. Tuttle 2014, str. 223

“Magonia” to dziwna książka. A także piękna, wzruszająca, ze świeżą wizją. To też książka nie dość głośna, takie mam wrażenie. A szkoda.

Aza cierpi na chorobę, którą ma tylko ona, a lekarze od lat nie potrafią znaleźć jej wytłumaczenia. Dziewczyna nie może poprawnie oddychać, ma odstające płuco i nawet serce nie w tym miejscu, co trzeba. Co kilka lat lekarze straszą ją, że nie dożyje do któregoś tam roku. Ale ona wciąż żyje i raczy nas swoim ciętym, ironicznym poczuciem humoru. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia i następuje tak długo przewidywany koniec Azy. Ale czy na pewno? Aza odnajduje siebie na statku sunącym przez sfery powietrza, wyżej niż samoloty, a obsługiwanym przez zmiennokształtne istoty-ptaki. Co się dzieje? Kim jest Aza? Czy wróci jeszcze do swojej rodziny?

Jak na gatunek YA, to naprawdę bardzo piękna powieść, która porusza wiele ważnych kwestii, od miłości i zaufania począwszy, a na globalnym ociepleniu skończywszy. Autorka fantastycznie wplata w treść swoje przemyślenia na temat zmian, które tak szybko następują na świecie, a wszystko to połączone mamy z pradawnymi mitami o władcach burz. Czym lub kim jest Magonia, dowiecie się już z treści. Dodam tylko, że kilka razy się wzruszyłam, a łzy same cisnęły się do oczu. Postać Azy może na początku była odrobinę denerwująca, bo ile można słuchać czyjegoś sarkazmu? Na szczęście Aza się poprawia i potem trochę stopuje. Bardzo też polubiłam jej przyjaciela Jasona. Razem tworzą kochaną parę „nerdów”, niezrozumiałych przez nikogo, ponadprzeciętnie inteligentnych, a przy tym chorych i przez to odseparowanych od społeczeństwa. Może niektórym to się kojarzyć z „Gwiazd naszych wina”, ale to naprawdę zupełnie inna powieść. Całkowicie fantastyczna, a przy tym tak bardzo ludzka. Polecam.

Dodam też, że książka jest bardzo pięknie wydana. Wydawnictwo zachowało oryginalną okładkę, a w środku na pierwszych stronach mamy wiele artystycznych elementów.

„Magonia” Maria Dahvana Headley, wyd, Galeria Książki 2016, str. 290

„Ptak” to krótka powieść, złożona z mini-rozdziałów –opowiadań, o dwójce rodzeństwa. Dwunastoletnia Umi i dziewięcioletni Uil to dzieci biedne, niechciane, porzucone przez zmarłą matkę i traktowane jak niechciane zwierzątka przez żyjącego ojca, który najpierw podrzuca ich wszystkim możliwym członkom rodziny, a potem pozostawia w wynajętym pokoju, samemu znikając na całe miesiące.

To bardzo smutna książka, opisująca ogromną tragedię tych dzieci. Pisarka Oh Jeonhui pokazuje przemiany jakie zachodzą w duszach tych młodych istot. Jak z dzieci pełnych radości zamieniają się w istoty zamknięte w sobie, zgorzkniałe, zagubione i z masą problemów emocjonalnych. To właśnie te problemy autorka opisuje w może nawet nieco poetycki sposób. Zakończenie mocne, dziwne, urwane. Dla czytelnika niepełne, bo tak naprawdę nie wiemy co się dalej dzieje. Wiemy natomiast, że boli nas serce i nie możemy dłużej patrzeć na krzywdę tych dzieci.

Książka zostawiła mnie z uczuciem brudu i obrzydzenia i aż żałowałam, że ją przeczytałam. Nie lubię takich książek. Wiem, że porusza niesamowicie ważne kwestie, ale nie chcę sobie „dokładać” niedobrych rzeczy, jeśli i tak na co dzień trzeba walczyć o zachowanie siebie. Książka pod względem artystycznym bardzo dobra, nie dziwi mnie, że autorka jest doceniania. Natomiast kompletnie nie dla mnie.

„Ptak” Oh Jeonhui, wyd. Kwiaty Orientu 2010, str. 136
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...