piątek, 2 września 2016

Przeczytane w sierpniu. Podsumowanie.

Jesień jest już zdecydowanie tu. Ludzi jest znowu jakby więcej, zaczyna się coś dziać. I nawet powietrze pachnie inaczej, a ja czuję takie przyjemnie musowanie, jakby drobne bąbelki krążące niewidzialnie, a wyczuwalne - czytaj, czytaj, czytaj. Tak, ostatnio więcej myślę o czytaniu, chętniej wracam do książek, zaczynam znowu z ekscytacją planować po jaki tytuł następnie sięgnę. Brakowało mi tego, lato przeszło jakoś bez większych chęci czytania, czasem czytałam tylko w drodze do pracy, aby się czymś zająć, nie lubię marnować czasu w komunikacji miejskiej. Teraz to się odmienia i dobrze mi z tym!

A oto tytuły z sierpnia:

Nie mogłam się doczekać tej książki po Polsku (W Polsce tomy serii znane są jako „Zła krew” i „Dzika krew”), czekanie kolejny rok na trzeci tom wydawało się strasznym okrucieństwem wobec czytelnika. Także poradziłam sobie sama. I och, co to była za książka.

Z początku myślałam sobie, że to taki zwyczajny ciąg dalszy, że tom pierwszy był najlepszy i chociaż książka mi się podobała, to tak czytałam ją bez większego entuzjazmu, nieco cynicznie myśląc, że tomy pierwsze zawsze są najlepsze. I w sumie nadal tak trochę myślę, choć zakończenie książki zmieniło całą moją perspektywę. Z całej serii to właśnie zakończenie będę zawsze najmocniej pamiętać i przebiło ono wszystko, co autorka wcześniej nam opisała. No, ale przecież nie zdradzę wam zakończenia.

W skrócie – Nathan szaleje po śmierci ojca, dyszy żądzą zemsty na Annalise, oddala się przy tym od Gabriela do tego stopnia, że martwiłam się, co z nimi dalej będzie – przecież on go potrzebuje – oraz ci dobrzy planują atak ostateczny na Białych, a Nathan ma być ich tajną bronią. Książkę bardzo dobrze się czyta, fajnie było móc zobaczyć oryginalny styl autorki i muszę wam powiedzieć, że książki na polski są bardzo dobrze przetłumaczone i wspaniale oddają przekaz, „energię” Nathana i całej powieści. Żałuję, że nie mogę więcej powiedzieć o zakończeniu. Wbiło mnie w ziemię, wypłakałam sobie oczy i do tej pory boli mnie serce jak o nim myślę.

To naprawdę dobra powieść, nawet powiedziałabym że świeża przy tym zalewie YA. Polecam.

„Half lost” Sally Green, wyd. Penguin Books 2016, str. 337


Info: Książka po polsku będzie już niedługo wydana, pt. „Prawdziwa krew”. (Tytuł mi się nie podoba, nie ma nic wspólnego z treścią książki, nie tak jak „Half lost”. Nie mogli przetłumaczyć np. „Stracona krew”? Bardziej odpowiednie. Dlaczego ja się zawsze muszę denerwować przekładami tytułów?).

Kontynuacja „Króla kruków”, czyli dalsze poszukiwania Glendowera. Oczywiście robi się coraz mroczniej i niebezpieczniej, ludzie się zmieniają, pojawiają się nowi, przyjaźnie się rozpadają i rodzą miłości.

Z początku zawsze trudno mi wejść w powieści Maggie Stiefvater, musi minąć kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt stron, zanim przyzwyczaję się do jej stylu pisania, a wtedy już od powieści nie mogę się oderwać, a na koniec mam ochotę natychmiast na ciąg dalszy. Z jednej strony nie mam za dużo do opowiadania o tej książce, ot, opowiastka dla młodszej części publiczności, a z drugiej strony uważam powieści Maggie Stiefvater za jedne z najlepszych w tym gatunku. Ona ma coś takiego, że przyzywa magię i Ty, drogi czytelniku, jesteś tą magią osaczony, dopóki nie przebrzmi ostatnie słowo. A nawet potem, bo chce się wrócić, marzy się o dalszym ciągu. Na mnie już oczywiście czeka trzeci tom. Za długo też zbierałam się do przeczytania tego tomu. Po „Królu kruków” bardzo miałam chciałam od razu dalej czytać, ale wiadomo, dużo innych książek, czasem brak czasu, a w moim konkretnym przypadku brak uzupełnienia serii przez panie bibliotekarki. Tak długo nie mogłam się doczekać „Złodziei snów”, że w końcu sama zakupiłam, po czym oczywiście się okazało, że jak już zakupiłam tom drugi (nie posiadając pierwszego) to nagle w bibliotece pojawiły się tomy 2 i 3. Jakiś wredny kawał od losu…

Tak czy inaczej, całą serię bardzo polecam.

„Złodzieje snów” Maggie Stiefvater, wyd. Uroboros 2015, str. 479

Teraz coś z rodzimej literatury fantasy, którą zawsze bardzo lubiłam. „Szeptucha” to nowe dzieło Katarzyny Bereniki Miszczuk, znanej z zabawnej trylogii „Ja, diablica”.

„Szeptucha” to powieść, która łączy w sobie fantastykę, słowiańską mitologię, szczyptę historii i w zasadzie toczy się w alternatywnej rzeczywistości, gdzie Mieszko I wciąż żyje, Polska jest jednym z największych mocarstw na świecie i jednym z nielicznych krajów, gdzie wciąż utrzymuje się monarchia, a ludzie leczą się zarówno współczesną medycyną jak i uwielbiają korzystać z porad wykształconych w zielarstwie i magii kobiet, oficjalnie zwanych Szeptuchami, a mniej oficjalnie Babami Jagami. Główna bohaterka, studentka „poważnej” medycyny musi odbyć obowiązkowe praktyki u szeptuchy, w związku z czym wyjeżdża na odległą wieś, z której pochodzi jej mama i najbliższa przyjaciółka, a z którą ona zdaje się nie mieć nic wspólnego. Tam konfrontuje swoje złudzenia i oczekiwania z rzeczywistością, a poza tym odkrywa, że postaci z baśni i legend nadal istnieją, a w dodatku ona jest ich częścią.

Wiadomo, nie oczekujmy tutaj wyższej literatury, szczególnie że autorka się w takiej nie specjalizuje, ale książka bardzo, ale to bardzo mi się podobała. Pomijam, że lekka, zabawna i szybko się czyta. Przede wszystkim ogromnie przyjemnie było mi zanurzyć się w naszej własnej słowiańszczyźnie. Czemu tak mało jest takich książek? Czemu królują u nas stwory kultury zachodniej, a nasze własne strzygi, utopce, wodniki i bogowie nie rysują się nawet w ludzkiej świadomości? A to takie barwne towarzystwo, takie pole do popisu dla wyobraźni pisarza! Bardzo się cieszę, że ktoś zdecydował się czerpać z tego źródła. Dobra wiadomość jest też taka, że to nie jest pojedyncza powieść (jak myślałam ja), ale trylogia.

Sami bohaterowie fajni, akcja wartka, trochę humoru, trochę romansu. Mnie się podobało.

„Szeptucha” Katarzyna Berenika Miszczuk, wyd. W.A.B. 2016, str. 414

To najdziwniejsza książka, jaką w życiu czytałam. Nawet nie wiem od czego zacząć przedstawianie jej.
Z początku czyta się jak skandynawski kryminał – w ponurym, mglistym i deszczowym rejonie Szkocji codziennie na ulice wyjeżdża młoda kobieta. Poszukuje autostopowiczów, ale nie byle jakich. Muszą spełniać odpowiednie warunki – przede wszystkim, autostopowicz musi być płci męskiej, młody, silny, umięśniony, z dobrą sylwetką. Od początku wiadomo, że zwabieni mężczyźni tego nie przeżywają. Najpierw wydawało mi się, że chodzi o seks. Jakaś psychopatka jeździ po okolicy, wykorzystuje ich, a potem zabija. Ale nie. Tu chodzi o coś więcej. I to więcej jest stopniowo uwalniane, aż kiedy prawda do nas dociera, otwieramy szeroko oczy, nie mogąc uwierzyć. Nie wiedziałam, czy mam się czuć oszołomiona, czy przyklasnąć wyobraźni autora. Na pewno czułam obrzydzenie i wstręt. Zastanawiałam się czy dalej czytać. Ale czytałam, bo tu nie chodziło o tę prawdę, ale o główną bohaterkę, która choć była głównym sprawcą zaginięć autostopowiczów, to nie robiła tego z własnej woli. Przeżywamy jej coraz większy bunt, zniewolenie, brak wyjścia, samotność, niezrozumienie. Nie należy ona do nikogo. W powieści czuć nieustanny ruch, obracające się koła samochodu i deszcz uderzający o szyby.

Nie jest to powieść mus i na pewno nie jest dla każdego. Ale zmusza do myślenia, jest oczywistą alegorią naszego świata, wszystko tu zostało zaplanowane. Autor każe się czytelnikowi zastanowić „Kim jesteś?” „Czy nadal chcesz tak żyć?” „Czy uważasz, że to jest słuszne?”. Nie powiem, odtrącałam jeden aspekt książki, nie chciałam się postawić na miejscu autostopowiczów, czy raczej tego, co reprezentowali. Poniekąd już przez to przeszłam i podjęłam swoją decyzję.

„Pod skórą” Michel Faber, wyd. W.A.B. 2005, str. 318

Książka nadal w czytaniu: „Historia koreańskiego konfucjanizmu” (idzie mi strasznie powoli, ale idzie)
Książka w większości przeczytana w sierpniu, ale jednak jeszcze nie skończona „Tańcz, tańcz, tańcz” Haruki Murakami

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Przeczytane w lipcu. Podsumowanie

W lipcu przeczytałam tylko dwie książki, dwie i pół, jeśli policzyć niedokończoną powtórkę "Nomen Omen" (w ponownym czytaniu książka średnio mnie bawiła, a w połowie zaczęła nudzić, więc ją porzuciłam - szkoda czasu), co już dawno mi się nie zdarzyło. Zaczęłam trzy inne książki, ale tak powoli mi szły, że żadnej do końca lipca nie skończyłam, także pewnie wylądują w podsumowaniu sierpnia.

Nie mogę uwierzyć, że to już koniec tej serii. Jedna z lepszych o magii, jakie w życiu czytałam. Lev Grossman zbudował bardzo kompletny świat, bazujący trochę na współczesnych baśniach, trochę na mitach, trochę na popkulturze, a wszystko to okrasił gorzką posypką codzienności. I stworzył coś naprawdę fantastycznego.

W trzecim i ostatnim tomie toczy się bitwa z losem o umierające Fillory, a ostatecznym bohaterem jest nie kto inny, jak Quentin, z czego bardzo się cieszę bo nareszcie miał swoje pięć minut. Bardzo polubiłam postać Quentina mimo jego rozlicznych wad, a autor bardzo dobrze pokazał jego rozwój na przestrzeni tych trzech tomów. Na koniec trzydziestoletni Quentin osiągnął pewien rodzaj spokoju i dojrzałości, ale wciąż zachował swoje wnętrze pełnego nadziei dziecka i bardzo mi się to spodobało.

Co tu dużo mówić, nigdy nie umiem się rozpisywać o kolejnych tomach serii. Autor podtrzymał dobry poziom przy każdej z książek. Żadnego tomu nie można nazwać gorszym. Reszta bohaterów również przechodzi wiele zmian, dojrzewają, poznają się lepiej, osiągają kolejne cele, czasem takie, o którym nawet im się nie śniło. Najbardziej lubię w tych książkach tę nutę cynizmu i autoironii, jaką się wszyscy wykazują. Są tacy ludzcy. Autor nie tworzy kolejnych bohaterów, z których większość wykazuje osobowość na poziome zero. To są ludzie – z wadami i zaletami, lubiący się, kochający, nienawidzący. Mają wewnętrzne rany, rozterki, nadzieje i marzenia. Piękne to. Na koniec trochę się uśmiałam, bo tak jak przez cały czas, pomimo baśniowej aury powieści, powtarzałam, że to nie jest lukrowana bajeczka, to właśnie na samo zakończenie autor stworzył coś tak słodkiego i różowego, że można się tylko szeroko uśmiechnąć. Uwielbiam ten paradoks. Po tylu mrocznych wydarzeniach takie zakończenie. Ale to musicie już przeczytać sami. Ja ogromnie, ogromnie polecam.

„Kraina Czarodzieja” Lev Grossman, wyd. Sonia Draga 2016, str. 510

Jak sama nazwa wskazuje, „W Korei” to zbiór esejów autorki z jej przeżyć w Korei. Muszę przyznać, że to bardzo dobra książka, chyba jedyna taka na naszym rynku, która w sposób bardzo konkretny i przejrzysty przedstawia w skrócie najważniejsze cechy Koreańczyków, opisuje jak się żyje, kocha i pracuje w Korei. Za pomocą krótkich historyjek z własnego życia, autorka pokazuje, jak np. wygląda jej własny dzień w dużej korporacji (tona absurdów i ciężkiej pracy), co ją spotkało w koreańskiej służbie zdrowia, jak wygląda przejazd metrem (o wiele bardziej „rozrywkowy” niż w Warszawie), czy  też jak Koreańczycy podchodzą do kwestii prawdziwej miłości. Wszystkie te opowieści były mocne, głównie dzięki, powiedziałabym, że męskiemu sposobowi opisywania. Sama autorka właśnie tak mi się jawi – bardzo mocna, konkretna osoba, zdecydowana i zahartowana życiem w Korei, które szczególnie dla pracownika korporacji jest bardzo ciężkie. Ja osobiście nie wyobrażam sobie takiego stylu życia (i przede wszystkim tych ilości spożywanego alkoholu na przymusowych firmowych wyjściach).

To, co mi się w tej książce nie podobało, to brak pozytywnego ukazania Koreańczyków, tak jakby w ich życiach nic dobrego się nie działo, a oni sami byli pozbawieni ludzkich cech. Jestem w stanie zrozumieć, czemu tak wyszło – autorka eseje swoje pisała w pierwszych latach pobytu w Korei, a wtedy najbardziej odczuwa się „szok kulturowy” i wszystko wydaje się złe. Ja sama po półtorarocznym pobycie w Irlandii byłam daleka od zachwytów nad tym krajem i jak się mnie ktoś o pobyt tam wypytywał, wymieniałam wszystko co złe i co mi się nie podobało. Dopiero po latach jestem w stanie docenić dobre elementy. Niemniej jednak, trochę już minęło od powstania tych esejów, a i zostały one wydane w postaci książki, dlatego uważam, że zaistniałe tam opisy powinny być bardziej wyważone i pokazać również dobrą stronę Korei. Gdybym miała przyjąć Koreę taką jaką ją opisuje autorka, to mogłabym już zakończyć moją znajomość z tym krajem, a nie wierzę, aby wszystko tam tak źle wyglądało. Koreańczycy to też ludzie i pomimo ich zamkniętego stylu bycia, ich oziębłości i częstego wyrachowania na pewno mają też dobre cechy. I tego mi w tej książce zabrakło. Ciekawa też jestem co się zmieniło w mentalności Koreańczyków i w ich stylu życia, w końcu od napisania tych esejów minęło już dziesięć lat.

Książkę polecam, w krótki i konkretny sposób tworzy ogólne pojęcie o Korei Południowej.

„W Korei. Zbiór esejów 2003-2007” Anna Sawińska, wyd. Kwiaty Orientu 2012, str. 182

Książki zaczęte: 
"Historia koreańskiej myli konfucjańskiej" Keum Jang-Tae
"Królowie Dary" Ken Liu
"Half Lost" Sally Green

piątek, 1 lipca 2016

Przeczytane w czerwcu. Podsumowanie.

Po pierwszej serii Sary J. Maas pt. „Szklany tron”, niezbyt chętnie byłam do autorki nastawiona i do nowej serii podchodziłam z dużym dystansem. Niestety (albo stety), olbrzymia ilość pozytywnych recenzji sprawiła, że postanowiłam dać jej szansę. I… uff! Książka bardzo mi się podobała.

„Dwór cierni i róż” to tak zwany „retelling” bardzo dobrze nam znanej (głównie za pomocą bajki Disneya) baśni „Piękna i bestia”. Trzeba przyznać, że Sarah J. Maas wykonała kawał dobrej roboty. Powieść od samego początku wciąga nas w swój świat, powoli rozrysowuje obecną sytuację i opowiada o tym, co doprowadziło do tego, że teraz panuje rozłam pomiędzy ludźmi a faerie. Główna bohaterka, Feyra, chcąc zapewnić byt rodzinie, popełnia ogromny błąd, za który musi zapłacić własnym życiem. Zostaje uwięziona w zamku jednego z książąt Prythianu, gdzie powoli odnajduje swoje miejsce, a wręcz stara się pomóc „Bestii” przełamać czar.

Nie wszystko jest tak bezpośrednie jak w baśni, np. Tamlin może się przemieniać w bestię dzięki swojej naturze, a klątwa objawia się w inny sposób. Samej Feyrze daleko też do zakochanej w książkach Belli.

Książkę czytało mi się fantastycznie, a im bliżej końca, tym coraz lepiej. Niestety moje odczucia nie były pełne zachwytów, szczególnie w pierwszej połowie. Mam problem z pisarstwem pani Maas. Według mnie pisze dobrze i ma potencjał, ale wciąż tak naprawdę szlifuje warsztat i kiedyś może będzie pisać jeszcze lepiej. Już uważam, że z tą książką się poprawiła w stosunku do „Szklanego tronu”, ale wciąż były bardzo nierówne momenty, kiedy moja uwaga w trakcie czytania zwyczajnie odlatywała i musiałam na powrót skupiać się na treści. Niemniej jednak, bardzo polubiłam bohaterów i chciałabym od razu czytać tom drugi. Oczywiście mamy tu skomplikowany trójkąt miłosny, o którym jeszcze nie wie sama bohaterka, ale coś czuję, że w drugim tomie będzie miała masę dylematów.
Widać, że pisarka stara się rozbudować powieść i pogłębić świat przedstawiony, ale wciąż musi nad tym pracować, aby nie wychodziło zwykłe czytadło fantasy dla młodzieży. Ale czuję, że będzie lepiej i jeszcze się rozwinie, jak nie w tej serii to w następnych.


„Dwór cierni i róż” Sarah J. Maas, wyd. Uroboros 2016, str. 526

Odkąd ta książka została wydana, bardzo chciałam ją przeczytać, pomimo wielu negatywnych opinii różnych znanych mi osób. W końcu książka sama do mnie przyszła, kiedy koleżanka zaproponowała mi jej pożyczenie, bardzo przy tym zaznaczając, że naprawdę jest niewarta czytania. Jak jest naprawdę?

Charlotte Cho, Amerykanka koreańskiego pochodzenia opowiada historię, jak z kalifornijskiej ślicznotki (farbowane blond włosy i skóra opalona najciemniej jak się da) przeistoczyła się w koreańską piękność z idealną (i jasną) cerą. Książka zawiera sporo elementów autobiograficznych, autoreklamy (autorka bardzo namiętnie reklamuje swój internetowy sklep z koreańskimi kosmetykami), ale również faktycznie przedstawia w prosty sposób podstawy pielęgnacji na sposób koreański.

Nie uważam, żeby ta książka była jakimś arcydziełem, spokojnie można ją „olać”, szczególnie jeśli ktoś profesjonalnie bądź hobbystycznie zajmuje się skórą i kosmetykami. Niemniej jednak uważam, że wiele kobiet i młodych dziewczyn, może skorzystać, z wydawałoby się, bardzo podstawowych porad autorki. Pracuję w branży kosmetycznej i niestety wiem, że wiele pań pomija tak podstawowe kroki jak porządne umycie twarzy czy nawodnienie skóry. Ta książka jest dla nich. Dzięki niej poznają proste mechanizmy działania skóry i nauczą się podstawowych składników często używanych w kremach i produktach oczyszczających. Może też chętniej będą dbać o skórę, jeśli przekona je koreańskie (nieco filozoficzne) podejście do kwestii piękna i zdrowia – to co robimy teraz, będzie miało efekty w przyszłości. Jeśli teraz ochronimy skórę przed słońcem, to w przyszłości uchronimy ją przed przebarwieniami i zmarszczkami. To, że skóra jest gładka teraz, nie znaczy, że taka zostanie na zawsze. Dlatego dbajmy o nią i zapobiegajmy wcześniej.

Mnie samej książkę czytało się bardzo przyjemnie i chociaż znałam już koreański sposób pielęgnacji, to miło było sobie to powtórzyć, odświeżyć wiedzę i zainspirować się do jeszcze lepszej pielęgnacji. Polecam.

„Sekrety urody Koreanek” Charlotte Cho, wyd. Znak Litera Nova 2016, str. 223

Jak pewnie już zauważyliście, ostatnio dość mocno interesuje mnie Korea Południowa i chętnie wyszukuję książek z nią z związanych. Tym razem wynalazłam sobie „The Korean Way In Business”. Książka pozornie opowiada o biznesie, a tak naprawdę doskonale przedstawia w prosty i przystępny sposób mentalność, zwyczaje i zachowania Koreańczyków. Autor cały czas wraca do kwestii biznesowych, podpowiada jak się zachować w firmie na spotkaniu z prezesem, czy na kolacji firmowej, ale nie tylko. Bardzo dużo się z tej książki dowiedziałam, począwszy o historii tego kraju, a skończywszy na relacjach męsko damskich. Korea to kraj bardzo postępowy, jeden z najbardziej stechnologizowanych na świecie, ale jeszcze ma sporo do przerobienia, m.in. równouprawnienie kobiet, czy takie kwestie jak przemoc domowa. To tylko niektóre z ciężkich problemów, jakimi Koreańczycy muszą się jeszcze zająć.

Mimo tego, wciąż bardzo mnie ten kraj interesuje. Dostrzegam w nim wiele pozytywnych elementów, jak na przykład duży szacunek do drugiej osoby czy niekończąca się chęć do samodoskonalenia. To bardzo motywujące, aż sama też czasem mam ochotę zagrzać się do walki „Fighting!”.

Korea ujmuje na wiele sposobów, ale mając świadomość również jej ciemnej strony, staram się utrzymać balans i dowiadywać wciąż nowych rzeczy. „The Korean Way In Business” jest doskonałą książką dla wszystkich osób, które dopiero zaczynają znajomość z tym krajem i chciałyby bliżej poznać jego kulturę, a także dla osób, które na poważnie zamierzają zaangażować się z Koreą na polu biznesowym.

„The Korean Way In Business”, wyd. Tuttle 2014, str. 223

“Magonia” to dziwna książka. A także piękna, wzruszająca, ze świeżą wizją. To też książka nie dość głośna, takie mam wrażenie. A szkoda.

Aza cierpi na chorobę, którą ma tylko ona, a lekarze od lat nie potrafią znaleźć jej wytłumaczenia. Dziewczyna nie może poprawnie oddychać, ma odstające płuco i nawet serce nie w tym miejscu, co trzeba. Co kilka lat lekarze straszą ją, że nie dożyje do któregoś tam roku. Ale ona wciąż żyje i raczy nas swoim ciętym, ironicznym poczuciem humoru. Jednak pewnego dnia wszystko się zmienia i następuje tak długo przewidywany koniec Azy. Ale czy na pewno? Aza odnajduje siebie na statku sunącym przez sfery powietrza, wyżej niż samoloty, a obsługiwanym przez zmiennokształtne istoty-ptaki. Co się dzieje? Kim jest Aza? Czy wróci jeszcze do swojej rodziny?

Jak na gatunek YA, to naprawdę bardzo piękna powieść, która porusza wiele ważnych kwestii, od miłości i zaufania począwszy, a na globalnym ociepleniu skończywszy. Autorka fantastycznie wplata w treść swoje przemyślenia na temat zmian, które tak szybko następują na świecie, a wszystko to połączone mamy z pradawnymi mitami o władcach burz. Czym lub kim jest Magonia, dowiecie się już z treści. Dodam tylko, że kilka razy się wzruszyłam, a łzy same cisnęły się do oczu. Postać Azy może na początku była odrobinę denerwująca, bo ile można słuchać czyjegoś sarkazmu? Na szczęście Aza się poprawia i potem trochę stopuje. Bardzo też polubiłam jej przyjaciela Jasona. Razem tworzą kochaną parę „nerdów”, niezrozumiałych przez nikogo, ponadprzeciętnie inteligentnych, a przy tym chorych i przez to odseparowanych od społeczeństwa. Może niektórym to się kojarzyć z „Gwiazd naszych wina”, ale to naprawdę zupełnie inna powieść. Całkowicie fantastyczna, a przy tym tak bardzo ludzka. Polecam.

Dodam też, że książka jest bardzo pięknie wydana. Wydawnictwo zachowało oryginalną okładkę, a w środku na pierwszych stronach mamy wiele artystycznych elementów.

„Magonia” Maria Dahvana Headley, wyd, Galeria Książki 2016, str. 290

„Ptak” to krótka powieść, złożona z mini-rozdziałów –opowiadań, o dwójce rodzeństwa. Dwunastoletnia Umi i dziewięcioletni Uil to dzieci biedne, niechciane, porzucone przez zmarłą matkę i traktowane jak niechciane zwierzątka przez żyjącego ojca, który najpierw podrzuca ich wszystkim możliwym członkom rodziny, a potem pozostawia w wynajętym pokoju, samemu znikając na całe miesiące.

To bardzo smutna książka, opisująca ogromną tragedię tych dzieci. Pisarka Oh Jeonhui pokazuje przemiany jakie zachodzą w duszach tych młodych istot. Jak z dzieci pełnych radości zamieniają się w istoty zamknięte w sobie, zgorzkniałe, zagubione i z masą problemów emocjonalnych. To właśnie te problemy autorka opisuje w może nawet nieco poetycki sposób. Zakończenie mocne, dziwne, urwane. Dla czytelnika niepełne, bo tak naprawdę nie wiemy co się dalej dzieje. Wiemy natomiast, że boli nas serce i nie możemy dłużej patrzeć na krzywdę tych dzieci.

Książka zostawiła mnie z uczuciem brudu i obrzydzenia i aż żałowałam, że ją przeczytałam. Nie lubię takich książek. Wiem, że porusza niesamowicie ważne kwestie, ale nie chcę sobie „dokładać” niedobrych rzeczy, jeśli i tak na co dzień trzeba walczyć o zachowanie siebie. Książka pod względem artystycznym bardzo dobra, nie dziwi mnie, że autorka jest doceniania. Natomiast kompletnie nie dla mnie.

„Ptak” Oh Jeonhui, wyd. Kwiaty Orientu 2010, str. 136

środa, 1 czerwca 2016

Przeczytane w maju. Podsumowanie.

Ten miesiąc był ciekawy. Zaczął się bardzo entuzjastycznie "Dziką krwią", potem zachwyty trwały przy "Delhi" i "Czasomierzach", ale przemieniły się w zmęczenie, zniechęcenie i pojawiały się myśli, czy w ogóle przeczytam jakąś satysfakcjonującą ilość. Pewnie, nie o ilość, ale o jakość chodzi, ale tutaj chodziło mi o moje odczucia zniechęcenia i wrażenie, że czytam bardzo wolno, choć książki fantastyczne. Potem jakoś tak wyszło, że przeczytałam "Mroczne szaleństwo" i "Marzenie o innym świecie", a miesiąc zakończyłam bardzo przyjemnie z "Za rękę z Koreańczykiem".Ostatecznie okazało się, ze książek było sześć, co jest dobrym wynikiem. I szkoda tylko, że jakoś żadna książka mnie nie porwała, choć większość naprawdę mi się w czasie czytania podobała. Zapraszam do krótkich recenzji.

Po przeczytaniu „Złej krwi”, która zostawiła mnie ze swoistym wrażeniem kaca, nie mogłam się doczekać lektury „Dzikiej krwi”. W tym tomie Natan owi nie grozi śmierć z powodu nie uzyskania darów – te już otrzymał od ojca. Teraz musi odnaleźć Annalise, nie dać się zabić łowcom i być może zrobić przewrót w świecie czarodziejów, który zakończy się w sposób tragiczny i niespodziewany…
Autorka utrzymała poziom pierwszej części, chociaż ta część „nic mi nie zrobiła”. Czytało się super, akcja również była wciągająca, ale chyba mi zabrakło głębokiej i bolesnej emocjonalności tomu pierwszego. Jest to zrozumiałe, bo i Natan jest już inny, choć wciąż musi uważać, to w porównaniu z przeszłością jest wolnym człowiekiem, a więc i część jego bólu w jakimś stopniu zniknęła. Zakończenie gwałtowne i oczywiście zwiększające apetyt na część trzecią, która mnie korci po angielsku, bo zanim doczekam się polskiego tłumaczenia, to miną wieki. Ogromnie tę trylogię polecam.

„Dzika krew” Sally Green, wyd. Uroboros 2016, str. 427

Reportaż „Delhi. Stolica ze złota i snu” porusza tak wiele kwestii, że nie wiem od czego zacząć. Jest to książka, której poszukiwałam od kilku lat, ponieważ na naszym rynku jeżeli książki o Indiach były wydawane, to tylko takie, które opisywały przeszłość, ich autorzy napisali je niekiedy nawet na początku lat dziewięćdziesiątych, a u nas były wydawane dopiero teraz. Dlatego bardzo pragnęłam książki opisującej Indie współczesne. Świat rozwija się w coraz szybszym tempie i czasem aż trudno nadążyć za zmianami, dlatego książki pisane dziesięć czy piętnaście lat temu w pewnym sensie są już nieważne.

Rana Dasgupta opisał współczesne Delhi i ludzi, którzy je tworzą. Pokazał też co wpłynęło na jego współczesny obraz i skąd pochodzą jego mieszkańcy. Przeprowadził wiele wywiadów z różnymi ludźmi, za każdym razem poruszając bardzo ważne problemy i stopniowo odsłaniając przed nami dosyć przerażający obraz indyjskiego społeczeństwa. Przyznam się, że książki nie skończyłam. Zrezygnowałam z jej czytania na sto stron przed końcem. Na początku  zachwycałam się jak wspaniale jest napisana i wręcz celebrowałam jej czytanie, ale po tych trzystu pięćdziesięciu stronach odczułam przesyt strasznych, tragicznych i przerażających historii. Z przedstawionych historii wynika, że Delhi jest stworzone na ludzkiej krzywdzie, z nienawiści, okrucieństwa, braku szacunku do drugiego człowieka, obojętności i całkowitego braku ludzkich odruchów. To, jak dla rozmówców autora taki stan rzeczy wydawał się być całkowicie normalny było chyba moim najgorszym przeżyciem w trakcie czytania tej książki. Przyznam szczerze, że na razie moja chęć poznawania tego kraju udała się na wolne…

To bardzo ważna książka i doskonała możliwość przyjrzenia się współczesnemu Delhi. Skąd przybywa, kim jest teraz i dokąd zmierza? To również ciekawy i smutny komentarz do naszych czasów, gdzie każdy goni za pieniądzem i zapomina o wartościach, które w życiu są najważniejsze.

Książkę bardzo polecam, choć ostrzegam, że „ponurość” oglądanego za jej pomocą życia może czytelnika za bardzo obciążyć. Może kiedyś ją dokończę.

„Delhi. Stolica ze złota i snu” Rana Dasgupta, wyd. Czarne 2016, str. 470

Historia, jakich wiele… David Mitchell napisał. To moja druga książka tego pisarza i faktycznie jest to ta sama historia wciąż pisana na nowo.
W tej opowieści towarzyszymy Holly Sykes na przestrzeni jej życia, od czasów nastoletnich do późnej starości, a także poznajemy ciekawy koncept Anachoretów, którzy są z niewiadomych przyczyn „wybrani” i jako nieliczni mogą doświadczać procesu reinkarnacji. Los Holly i Anachoretów zdaje się być nierozerwalny aż do samego końca, choć ona sama do nich nie należy. Razem muszą uratować świat, ale co się stanie, kiedy to już zrobią?

Ciężko mi nawet wyjaśnić, co jest celem tej książki i główną nicią wydarzeń. Autor chyba stworzył luźny zarys historii, aby dzięki niemu po raz kolejny przekazać swoje przemyślenia na temat życia, świata i metafizyki. Czyta się naprawdę świetnie, spędziłam z tą książką wiele miłych chwil. W trakcie czytania ulega się złudzeniu, że czytamy coś naprawdę wartościowego i pięknego, ale po zakończeniu książki niewiele mi z niej we mnie zostało. Takie chyba ambitniejsze czytadło. „Atlas chmur” jest pod tym względem o wiele lepszy.

Książka piękne wydana, co dodaje jej wartości, ale czy można żyć bez jej przeczytania? Można.

„Czasomierze” David Mitchell, wyd. MAG 2016, str. 666

Książka kompletnym przypadkiem znaleziona w księgarni za pół ceny, jedyny egzemplarz… Zawsze mam wrażenie, że takie znaleziska czekały specjalnie na mnie. Książka ta przedstawia historię dwóch stron pewnej koreańskiej rodziny. Z jednej strony mamy część, która wyjechała do Stanów Zjednoczonych, a z drugiej część, która została w Korei w niewielkim prowincjonalnym miasteczku.
Autorka, sama będąca Amerykanką koreańskiego pochodzenia, pokazuje nam opowieść o ludziach, którzy podejmując takie, a nie inne działania, doprowadzili do takich, a nie innych wydarzeń. Książka jest przesycona smutkiem egzystencji, porwanymi więziami rodzinnymi, bolesnymi wspomnieniami, ludzkim niezrozumieniem i tęsknotą za naprawą tego wszystkiego.

Jest to bardzo spokojna powieść, nie ma w niej pędzącej akcji, choć gwałtowne zdarzenia mają miejsce i zmieniają ludzi, którzy w nich uczestniczą. Autorka niejako też podejmuje tutaj rozważania na temat emigracji, różnic kulturowych i tego, czy tak naprawdę się między sobą różnimy – my, jako ludzie z różnych stron świata i kultur. W rzeczywistości każdy człowiek pragnie tego samego  - miłości, zrozumienia i współczucia. A gniew, złość, smutek i separacja, to tylko objawy choroby, którą trzeba wyleczyć.

„Marzenie o innym świecie” Sonya Chung, wyd. Świat Książki 2012, str. 301

Książka z gatunku paranormal czy innego taniego fantasy. O mało nie zapomniałam o niej napisać, tak mi zapadła w pamięć… Główną bohaterką jest MacKayla, typowa amerykańska blondynka jakich wiele w amerykańskich filmach. Pewnego dnia dowiaduje się o zamordowaniu jej siostry, która wyjechała na studia do Dublina. Teraz MacKayla sama tam wyrusza, aby odnaleźć mordercę swojej siostry i dowiedzieć się, co naprawdę się wydarzyło. Na miejscu okazuje się, że to nie jest taka zwykła sprawa, a także, że może ona dotyczyć elfów…

Powiem tak, autorka miała dobry pomysł na urban fantasy, ale trochę jej nie wyszło. Główna bohaterka jest pustą lalunią, która co kilka stron musi wspominać, w co się ubrała (i zwykle jest to różowa spódniczka i jakieś paskudne błyszczące sandałki), a wszystkie jej działania po prostu cudem nie prowadzą do jej śmierci. Oczywiście okazuje się mieć super wspaniałe i jedyne w swoim rodzaju moce, a do tego dość szybko znajduje się pod opieką super mrocznego i męskiego przystojniaka. Także sami możecie sobie wyobrazić poziom książki.

Jest to dobre czytadło, w sam raz żeby odpocząć po poprzednich ciężkich lekturach, ale nie będę udawała, że polecam.

"Mroczne szaleństwo" Karen Marie Moning, wyd. MAG 2011, str. 363

Ta książka to w zasadzie zbiór wywiadów z Polakami, którzy żyją w związku z Koreńczykiem. W większości są to pary kobieta Polka – mężczyzna Koreańczyk, ale jest też jeden wywiad mężczyzna Polak – kobieta Koreanka i jeden ukazujący związek homoseksualny.

To bardzo ciekawa pozycja, dzięki której można się wiele dowiedzieć na temat samych Koreańczyków – jacy są, na czym im najbardziej zależy, jak się mieszka w Korei, jakie są różnice kulturowe, a jakie podobieństwa? Czytało mi się szybko i lekko, przeprowadzone rozmowy są bardzo interesujące. Fajne było to, że pomimo tego, iż książka opowiada o związkach, to można było „z pierwszej ręki” usłyszeć „jak tam naprawdę jest”. Bez nadmiernych zachwytów, ale i bez ukazywania, obcej nam w końcu kultury, w negatywnym świetle. Mam nawet wrażenie, że książka jest za krótka i przydałoby się więcej opowieści. Zdecydowanie rozbudziła mój apetyt na więcej.

Z ciekawostek dodam, że autorka od wielu lat mieszka w Korei, ma męża Koreańczyka i możemy również poznać jej własną historię. To naprawdę fascynujące, jak niektórym układa się życie.

„Za rękę z Koreańczykiem” Anna Sawińska, wyd. Kwiaty Orientu 2014, str. 254

sobota, 30 kwietnia 2016

Przeczytanie w kwietniu. Podsumowanie.

„Król magii”, drugi tom trylogii Lva (Leva?) Grossmana. Po wydarzeniach z części pierwszej, czwórka władców Fillory szczęśliwie, acz nieco nudno włada tą magiczną krainą. Eliott może sobie lubić leniwe poranki i całe zastępy służących, które przynoszą mu wszystko, czego zapragnie, ale Quentin ma już dość i szuka sam nie wie czego. Chyba chciałby być Bohaterem. Chciałby robić coś konkretnego, a nie tylko być. I wkrótce Ember (taki jakby bóg Fillory) daje mu szansę wykazania się. Quentin ma za zadanie uratować istnienie całej magii, a tym samym Fillory.

Z początku miałam problem z tą książką, ponieważ bardzo ale to bardzo nie lubię, jak bohaterowie przenoszą się do innego świata, który najczęściej jest jakiś udziwniony. Nie lubiłam tego w Narnii (chyba dlatego utknęłam na drugim tomie) i nie lubiłam tego tutaj. Zupełnie inaczej jest jak od razu jestem umiejscowiona w świecie przedstawionym przez autora, a inaczej jak w trakcie czytania po jakimś czasie mnie przenosi do drugiego świata przez jakąś szafę, króliczą norę czy lustro. Na szczęście nie porzuciłam tej historii; na pewno pomagało to, że Quentin część swoich przygód spędził z powrotem w naszym świecie, ale także i to, że to jest naprawdę dobrze napisana historia i ciężko się od niej oderwać. Autor stworzył takie zapętlenie wątków i pomysłów, że chociaż na koniec okazało się to bardzo proste, to w między czasie gwarantowało nieprzerwaną akcję bez momentu nudy.

Ze swojej strony bardzo polecam tę trylogię. Niedługo będę czytać tom trzeci, a już się zastanawiam, czy kiedyś tych książek sobie nie powtórzę.

„Król magii” Lev Grossman, wyd. Sonia Draga 2012, str. 471

Pierwszy raz zetknęłam się z tą książką ze dwa czy trzy lata temu, kiedy Emma Watson gorąco zachwalała ją na Twitterze. Już wtedy zapragnęłam ją przeczytać, ale dopiero recenzja jednej z youtuberek, które oglądam, sprawiła, że w końcu książkę zakupiłam.

Zabawne jest, jak obie te osoby stworzyły w mojej głowie obraz całkowicie niezgodny z rzeczywistością – jak się później okazało. Dzięki ich wypowiedziom, a także opisowi na okładce, byłam przekonana, że to książka o współczesnych młodych ludziach – amerykańskich studentach – i o świecie, w jakim nam wszystkim przyszło żyć. O więziach międzyludzkich w kontekście współczesnych czasów, a to wszystko otoczone nimbem studenckiego życia na uniwersytecie Yale (tam studiowała autorka). Jakoś wydawało mi się, że dane mi będzie uszczknąć tamtego świata, a jednocześnie przeżyć coś pięknego i wzruszającego. Otóż… Nie ma to jak siła reklamy. I kompletnie nie rozumiem tych zachwytów.

Jeszcze tylko wam wytłumaczę, że zaraz po ukończeniu studiów na Yale, Marina Keegan zginęła w wypadku samochodowym. Jej bliscy i przyjaciele stworzyli tę książkę już po jej śmierci, umieszczając w niej eseje, które Marina stworzyła w swoich akademickich latach. Stąd wielkie wzruszenie czytelników już przed rozpoczęciem czytania „Odwrotności samotności”.

Na początku też poddałam się temu wzruszeniu, tym bardziej, że każda opinia z jaką się spotkałam, podkreślała niesamowity talent Mariny i to, jak bardzo szkoda, że tak niesamowita osoba zginęła w tak młodym wieku. Najpierw mamy przedmowę, opowieść o tym, jaka była Marina. Bardzo mi się ta opowieść podobała, tym bardziej nastawiła mnie do książki pozytywnie. Później mamy przemowę Mariny, jaką wygłosiła na zakończeniu swojego ostatniego roku w Yale. A później… Jedno opowiadanie za drugim. Najpierw czytałam i mi się podobało. Faktycznie dziewczyna miała talent. Jak na swój wiek pisała bardzo dobrze. Ale później zaczęła we mnie narastać irytacja. Bo się okazało, że wcale nie była aż tak dojrzała, na jaką ją wykreowano po śmierci. Opowiadania zaczęły mnie nudzić, bo w każdym był przerabiany ten sam temat: związek dwójki ludzi, który z jakiegoś powodu jest przepełniony samotnością i pustką. Czasem jej bohaterka była starsza niż te naście lat, ale wtedy nie czuliśmy, że kobieta, o której czytamy ma czterdzieści lat. W moich oczach wciąż miała około dwudziestu. I zwątpiłam. Bardziej kontynuowałam czytanie bo wydałam pieniądze, no i mogę poćwiczyć język angielski. Ale w pewnym momencie miałam już dość, bo czułam, że marnuję swój czas. Potem dotarłam do części, która faktycznie była esejami, a nie opowiadaniami (Ugh. Dlaczego u nich wszystko nazywa się „esej”?), ale tam się okazało, że są to nudne artykuliki na różne tematy typu globalne ocieplenie, czy migracja jakiegoś zwierzątka. Wszystko to było napisane w stylu lekko poetyckim i mającym dodać „czegoś” do zwykłego artykułu, ale mnie to najzwyczajniej w świecie nudziło. Także w końcu przestałam czytać.

Konkluzję z tej książki mam taką: Ludzie uwielbiają wybielać kogoś po śmierci, a już szczególnie osobę młodą, która była taka piękna, taka utalentowana, a przed sobą miała taką świetlaną przyszłość. Faktycznie miała talent i gdyby dalej ćwiczyła, to mogłaby zostać naprawdę dobrą pisarką, ale to były jej początki, prace które pisała na zajęcia, więc nie róbmy z nich ósmego cudu świata i „współczesnego głosu młodości”. Najzabawniejsze jest to, że gdybym swoją opinię dała na Good Reads to pewnie zjedliby mnie żywcem. I coraz częściej uczę się uważać na czyjekolwiek polecenia książek. Każdy ma własną opinię.

„The Opposite of Loneliness” Marina Keegan, wyd. Simon & Schuster 2015, str. 208

“Podróżniczka” to trzeci tom opowieści o Claire Randall (teraz już Fraser), kobiecie przeniesionej w czasie z 1945 do osiemnastowiecznej Szkocji w momencie wielkich historycznych zmian.

Muszę powiedzieć, że to chyba najlepszy z dotychczasowych tomów. Pomimo olbrzymiej liczby stron, nie nudziłam się ani przez chwilę, a akcja leciała do przodu z prędkością światła.

Po dwudziestu latach życia w w XX wieku i wychowaniu córki, Claire w końcu znajduje odwagę aby odszukać jakiekolwiek zapiski na temat wydarzeń pod Culloden. Wtedy okazuje się, że Jamie najprawdopodobniej wciąż żyje i Claire postanawia ponownie przejść przez kamienie i wrócić do osiemnastego wieku. Tak odnajduje Jamiego i razem ponownie stawiają czoła losowi, który rzuca ich teraz nie tylko po Europie, ale i jeszcze dalej…

Więcej nic nie mówię, bo ciężko opowiadać, żeby nic nie zdradzić. Powiem tylko, że wciąż uwielbiam tę serię, a „Podróżniczkę” czytało się fantastycznie, to nic że zabrała mi dwa tygodnie i w tym czasie mogłam przeczytać trzy inne książki. Sposób w jaki Diana Gabaldon opisuje związek Claire i Jamiego oraz wszystkie wydarzenia, jakie ich spotykają, sprawia, że kocha się tę serię i pragnie do niej wrócić, nie żałując czasu poświęconego na czytanie. Pewnie na razie odpocznę od tej serii, ale na pewno za jakiś czas sięgnę po tom czwarty.  Polecam.

„Podróżniczka” Diana Gabaldon, wyd. Świat Książki 2015, str. 951

Po monumentalnej „Podróżniczce” zachciało mi się wrócić w stare i znane kąty i powtórzyć drugi tom trylogii o Innych autorstwa Anne Bishop. Tym razem jednak moja opinia przesunęła się bardziej na niekorzyść. Anne Bishop uwielbiam, a w tej trylogii (tom pierwszy to „Pisane szkarłatem”) udało jej się stworzyć powieść jednocześnie przytulną i opowiadającą o strasznych rzeczach, jakie ludzie są zdolni popełnić. Jednak, tym razem bardziej niż poprzednio, odczułam mankamenty „Morderstwa wron”. Może za pierwszym razem bardziej mi się podobało, bo wszystko było dla mnie nowością. Teraz, choć niedokładnie pamiętałam wydarzenia i po części było tak, jakbym czytała pierwszy raz, książka mnie nudziła. Zdecydowanie bardziej rzucała się w oczy forma kryminału z policją i wilczą strażą w roli głównej. Inni i ludzka policja łączą siły aby odkryć, kto coraz bardziej zagraża delikatnemu pokojowi pomiędzy Innymi a ludźmi, a także planują akcję likwidacji Kontrolera – człowieka, który przetrzymywał Meg oraz wciąż przetrzymuje setki cassandra sangue.

Trochę mniej tu było Meg Corbyn, wieszczki krwi, która swoją mieszanką cech kobiety i dziecka nadaje ton tej powieści i sprawia, że chce się czytać. Mniej też było tych wszystkich wspaniałych stworzeń Namid, bo to relacja ich i Meg jest tutaj najlepsza. Mimo tego i tak nie mogłam się od książki oderwać i spędziłam z nią dzisiaj cały dzień ;). Na szczęście w perspektywie mam lepszy tom trzeci, za jakiś czas i jego sobie powtórzę. Anne Bishop jest najlepsza. Gdybym kiedyś miała się rozstać z moimi książkami, to rozstanie z tą autorką byłoby chyba najboleśniejsze. Mam nadzieję, że niedługo napisze coś nowego.

„Inni: Morderstwo wron” Anne Bishop, wyd. Initium 2014, str. 430

I to tyle w tym miesiącu. Jestem też w trakcie reportażu Rany Dasgupty „Delhi. Stolica ze złota i snu”, który bardzo, ale to bardzo mi się podoba, ale niestety nie zdołałam go skończyć w kwietniu. 

środa, 6 kwietnia 2016

Czarodzieje. Lev Grossman

Tutaj mam dłuższą historię do opowiedzenia. Najpierw odkryłam nowy serial „The Magicians” stworzony właśnie na podstawie „Czarodziejów”. Serial jest wspaniały, mega wciągający i kurczę, ma to coś. Jest trochę popaprany, trochę się różni od innych seriali, ale nie umiem określić, czym. To uczucie. W każdym razie go uwielbiam, a że odcinki są tylko raz na tydzień, chciałam zagłębić ten świat, czytając książki (to trylogia). I wtedy niestety okazało się, że pierwszego wydania trylogii nigdzie nie można kupić, a na drugie wydanie muszę czekać. I czekać. I czekać… W końcu, na kilka dni przed premierą, na allegro nagle pojawił się pierwszy tom z pierwszego wydania, w ofertach można było przebierać do woli… Oczywiście zakupiłam. I kiedy dostałam książkę? W dzień premiery wydania drugiego! Ugh! Ale pocieszam się, że oszczędziłam ponad 50% ceny... Ale wracając do tematu.

O „Czarodziejach” naczytałam się i nasłuchałam tyle mieszanych recenzji, że aż głowa od tego boli. A większość nawet była negatywna, choć zdarzały się i takie, które rozpływały się w zachwytach nad wspaniałością tego dzieła. Wszystko to działo się w anglojęzycznych stronach świata, bo z polskimi recenzjami się nie spotkałam (Nie to, że szukałam. Byłam zdziwiona, że w ogóle to u nas wydano). Książkę porównywano do Harry Pottera, tylko dla dorosłych, do Narnii i wszystkich innych kultowych dzieł ze świata magii. W dodatku na głównym bohaterze wieszano psy, wieszano jego i wieszano autora. Że jak to można być nieszczęśliwym chodząc do szkoły magii?! Jak można mieć depresję, zajmując się magią? Quentin jest rozpieszczonym bachorem i nie wie, jakie ma szczęście. Niektórych jego depresja i malkontenctwo na tyle odrzucały, że po wykrzyczeniu się, informowali, że rzucili książkę w diabły, albo nie sięgnęli po tom drugi. Przecież gdyby oni (czytelnicy) mieli możliwość studiować magię, to byliby przewiecznie szczęśliwi.

Otóż, drodzy czytelnicy (głównie amerykańscy) niestety wykazali się tylko tym, że wyprano im mózg. Tak to odebrałam. W ich opiniach doskonale widać, jak odpowiedni dobór treści i sposób chowania społeczeństwa się kończy. Wszystko ma być przez różowe okulary. Nie daj Boże, ktoś śmie narzekać i być nieszczęśliwy. Nie wzięli pod uwagę, że autor stworzył własny świat, całkowicie oryginalny (zaraz do tego wrócę) i że w tym świecie TAK WŁAŚNIE JEST. Zachowywali się, jakby nie przeczytali książki, nie załapali tła i kontekstu. Najważniejsze było, że Quentin śmie się ubierać na czarno, podczas gdy w modzie jest kolor różowy. Jeez. A w świecie stworzonym przez autora, magia jest popaprana, trudna, wymaga wielu lat nauki i na swój sposób wyrzeczeń. Dla niektórych jest dostępna poprzez szkołę Brakebills, inni nie są do niej dopuszczeni i muszą się jej uczyć bez żadnych podręczników, „na dziko”. W tym świecie większość ludzi jest raczej ponura i gdzieś na skraju depresji i bezsensu życia, choć może niektórzy wydają się być bardziej zblazowani. Magia czyni człowieka trochę zgorzkniałym, sceptycznym i ostrożnym. Studenci radzą sobie za pomocą alkoholu, seksu i imprez. Raz na jakiś czas zdarzy się straszny wypadek, w którym ktoś ginie. Z magią nie ma żartów.

Nie rozumiem porównań do Harry Pottera. Tylko dlatego, że mamy szkołę magii, od razu trzeba to porównywać do Harry Pottera? To nie ma z nim nic wspólnego. Chyba że uznamy to za obraz w krzywym zwierciadle. Ale nawet wtedy bym się z tym nie zgodziła. Po prostu za bardzo się to różni. Autor bawi się z czytelnikiem i sam często nawiązuje, pisząc coś w stylu „tu nie było żadnych różdżek, tu była żywa magia, bla bla bla”, ale nie czyni to obu światów podobnymi do siebie. Za to w pełni się zgodzę z porównaniem do Narnii. Nie dość, że pewne postacie przechodzą przez szafę (z zegarem, ale to ciągle szafa), to w dodatku lądują w krainie Fillory, gdzie panuje dziwna, nieujarzmiona magia i można spotkać wiele dziwnych zwierząt i innych stworzeń. W dodatku wystąpił ten sam motyw co w „Narnii”. Mianowicie, jeden z chłopców jest odrzucany przez Fillory, jest już za duży i za „brudny” aby móc wejść.

Podsumowując. Uważam, że książka w pewien sposób jest gorsza od serialu. Serial wydobył z niej to, co najlepsze i jeszcze to wzmocnił, dodatkowo uatrakcyjniając historię za pomocą niewielkich przeróbek. Ale sama książka również mi się podobała. Jest taka inna, faktycznie panuje w niej ciężka do opisania atmosfera. Autor stworzył ten świat raczej od strony pesymistycznej, a nie optymistycznej, tak samo zresztą przedstawia nasz realny świat. Życie jest długie, szare i do d…. Zdecydowanie nie jest to książka dla każdego. Ci, którzy uważają, że bohaterowie powinni być bezmyślnymi kukłami z wiecznie pozytywnym i walecznym nastawieniem do życia, mogą ją sobie darować. Quentin nie kryje się ze swoimi, momentami, samobójczymi myślami. W ogóle muszę autora pochwalić za jego postać. Jest realny. Nie jest bohaterem, którego się automatycznie lubi, „no bo jest głównym bohaterem”, ale nie żywiłam też do niego antypatii. Jest normalnym człowiekiem, z lepszymi i gorszymi momentami. Trochę fajtłapa, trochę leń. Lubi narzekać i jęczeć. Trochę nieśmiały, ale daje sobie w życiu radę. Czuje się lepiej wśród ludzi, którzy go przyjmują takim, jakim jest. Lubi Brakebills i tam tworzy siebie na nowo.

Cieszę się, że poznałam tę książkę. Jest inna od wszystkiego, co już czytałam, a to miłe uczucie i zbyt rzadkie, szczególnie w gatunku fantastyki. Trzeba to docenić.

„Czarodzieje” Lev Grossmann, wyd. Sonia Draga 2010, str. 493
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...