poniedziałek, 8 lutego 2016

Życie i śmierć. Zmierzch opowiedziany na nowo. Stephenie Meyer.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zapowiedź tej książki, moja reakcja była kpiącym prychnięciem i jak pewnie większość ludzi, pomyślałam, że autorka chyba nie ma co robić i liczy na łatwe pieniądze. Niestety, a może na szczęście, nie wszystko da się w życiu przewidzieć, a w tym wypadku zresztą dobrze się stało, bo nie ma co kpić z innych ludzi… Staram się rozwijać i wyzbywać cech, które czynią mnie brzydkim człowiekiem, że tak to ujmę. Ale wracając do tematu. Kilka tygodni później byłam w niezbyt dobrym stanie emocjonalnym, możecie nazwać to dołem. Trwało to coraz dłużej i pewnego dnia kiedy mój wzrok znowu padł, na teraz już wydane „Życie i śmierć”, poczułam impuls, że to właśnie to, czego potrzebuję. Upewniłam się co do mojej decyzji po przeczytaniu pierwszych 30 stron, od których nie mogłam się oderwać, choć rzadko mi się zdarza czytać więcej niż pół strony fragmentu, aby zobaczyć, czy książka mi się spodoba. Także, nowa wersja „Zmierzchu” została zakupiona.

Pomimo tego, że powieść mnie wciągnęła, nie mogłam ignorować tego, jak została napisana oraz przetłumaczona. Stephanie Meyer ma styl osoby, która chce pisać, ale nie do końca dobrze jej to wychodzi, niemniej jednak jej „wypociny” są powieścią z konkretnie zarysowanymi bohaterami, akcją i zakończeniem. Lubi tylko „lać wodę” w rozmowach Edythe i Beau (czy też Belli i Edwarda), dając upust swojej miłości do tych postaci i własnej wersji wampiryzmu. Ale jestem w stanie to jej wybaczyć. Natomiast ciężko mi było przymykać oko na pospieszne i często niezgrabne tłumaczenie. Szkoda, że tak się stało, bo jeszcze bardziej pogorszyło to ogólny styl powieści. Trzeba mieć trochę wyobraźni i polotu, a nie tylko dosłownie tłumaczyć widniejący tekst. Najlepszym na to przykładem jest tutaj prolog. Niby ten sam fragment, ale użyte słowa w obu tłumaczeniach się różnią. To ze „Zmierzchu” jest lepsze.

Z początku myślałam, że autorka zmieniła jedynie płeć postaci i to tylko tych głównych, czyli z Belli zrobiła Beau, a z Edwarda Edythe, ale zmieniła o wiele więcej. Nie tylko płeć prawie wszystkich postaci, co było dosyć dziwne i do niektórych zmian przez całą książkę nie mogłam się przyzwyczaić (Alice jako Archie), ale również niektóre fragmenty, a w szczególności zakończenie. Bardzo się cieszę, że mnie zaskoczyła i to pozytywnie. Niestety nic więcej nie powiem, bo nie chcę przyszłym czytelnikom psuć zabawy.

Co zaś się tyczy głównych bohaterów… Pisarka na wstępie zaznacza, że jednym z powodów zamienienia płci bohaterów była chęć pokazania, że Bella wcale nie była ostatnią łamagą, za jaką ją wszyscy mają, ale że wynikało to z prostego faktu bycia człowiekiem w towarzystwie wampira i że zamiana płci, czyli człowiekiem byłby chłopak, a wampirem dziewczyna, nic by nie zmieniła. Myślę, że dosyć dobrze jej to wyszło, acz mogła sobie darować przeniesienie na Beau syndromu plączących się nóg i potykania się na prostym chodniku, bo to jest cecha, którą ona nadała swojemu bohaterowi, a nie fakt bycia człowiekiem. Może to zabieg literacki, ale bez przesady. Uważam, że zamiana ról nie wyszła najgorzej. Edythe w roli super silnej i kontrolującej sytuację wampirzycy sprawdziła się całkiem nieźle, trochę trudno było mi uwierzyć w Beau, który wybitnie mało przejawiał cech męskich, chyba że wyobrazimy sobie wysokiego, chudego i zakompleksionego kujona, który boi się własnego cienia… tyle tylko, że Beau taki nie był. Bardzo starałam się wykazać dobrą wolą i uwierzyć w starania autorki, choć uważam, że postać Beau wyszłaby lepiej, gdyby od razu był w jej wyobraźni tworzony jako chłopak, a nie później zmieniany z Belli w chłopaka. Brzmi tragicznie, prawda? ;) Na szczęście nie jest aż tak źle, choć ludzie złośliwie nastawieni znajdą mnóstwo nowych powodów dla ponownego wyśmiewania się z twórczości Stephenie Meyer.

Pragnę też powiedzieć coś, co być może nie spodoba się przodującym feministkom, ale zdecydowanie wolę Bellę i Edwarda, bo bardziej mi pasuje para typu delikatna dziewczyna i silny, opiekujący się nią (starszy) chłopak (żeby nie powiedzieć mężczyzna, w końcu Edward przeżył już ponad sto lat), niż słaby, delikatny chłopak i dominująca (starsza) dziewczyna (gdzie zdecydowanie bardziej odczuwałam ich faktyczną różnicę wieku). Choć się bardzo starałam, to czasami nie umiałam ich wyobrażać sobie inaczej niż jako siedemnastolatka i stuletnią wampirzycę. To po prostu nie wyglądało najlepiej, choć samą Edythe bardzo polubiłam.

Podsumowując, uważam, że książka jest „zjadliwa”, a zabieg dokonany pod koniec powieści robi bardzo dużo dobrego dla tej nowej wersji „Zmierzchu”. Bardzo bym chciała, aby pani Meyer napisała może coś o innych wampirach, stworzyła nowe postaci, bądź może wykorzystała obecne w nowych przygodach. W każdym razie, nie czuję się „wykorzystana”, a wręcz jestem zadowolona, bo przeczytałam tę powieść w dobrym momencie i tego mi właśnie było trzeba. Polecam osobom, które miło wspominają sagę „Zmierzch” i nie wątpię, że fani stęsknieni za pisarstwem autorki z radością sięgną po „Życie i śmierć”.


„Życie i śmierć” Stephenie Meyer, wyd. Dolnośląskie 2016, str. 417

2 komentarze:

  1. Jeszcze nie czytałam. Ale tam z drugiej strony to jest "Zmierzch", nie? Ta normalna wersja, po prostu wznowiona w tym wydaniu.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...