czwartek, 15 sierpnia 2013

Szał ciał, czyli napad na Tanią Książkę, czyli zespół kompulsywnego zakupoholizmu, czyli nowy stos.

Wczoraj był taki piękny dzień. Czułam się, jakby był początek szkoły, te pierwsze dwa tygodnie września, kiedy wszystko jeszcze wydaje się być świeże i nie zmęczone, słońce jeszcze nas lubi, ale z drzew już spadają liście. W plecaku zapach nowych podręczników, a po szkole czas wolny, jeszcze smakujący wolnością. Lubię jesień. I mówcie, co chcecie, niech meteorolodzy mówią co chcą (że od 20 sierpnia ma być znowu 35 stopni), niech nikt mnie nie słucha, ale ja już czuję jesień. Wiatr pachnie jesienią, słońce świeci pod innym kątem, topole gubią liście i ogólnie już jest inaczej.
W ten oto wczorajszy piękny dzień zachciało mi się po pracy pojechać do Centrum. W planach miałam przejście się Nowym Światem, zajrzenie najpierw do Taniej Książki na rogu Chmielnej, a potem skoczenie do Traffic'a po drugiej stronie ulicy. Niestety do niego już nie dotarłam. Najpierw moje plany zmieniły się w drodze na Nowy Świat, gdyż niemalże zasypiałam na stojąco. Także najpierw wstąpiłam po kawę. Chciałam na wynos, ale pani się pomyliła i zrobiła mi na miejscu, także zostałam zmuszona do spędzenia przyjemnej pół godziny w miękkim fotelu, z pomarańczowym latte i duńską literaturą. Szczerze polecam I, Coffee na Nowym Świecie (to bliżej ronda). Zwykle omijałam to miejsce w drodze do Coffee Heaven (nie wiem doprawdy czemu, bo "Niebo" ostatnio tylko mnie denerwuje) i zostałam przyjemnie zaskoczona. Kawa była gorąca, mocna, pięknie podana, z pysznym sosem curacao. Pycha. Wracając do książek.
Potem poszłam wreszcie do Taniej Książki... I przepadłam. Mieli nową dostawę. Nie wiedziałam co brać. Ach. Ten stos to wynik wczorajszego napadu, plus kilka pozycji uzbieranych w ciągu ostatniego miesiąca.





Od góry Bree Despain "Łaska utracona". Nieco ponad dwa lata temu przeczytałam pierwszą część serii i od tamtej pory co jakiś czas odzywała mi się w głowie. Wreszcie się poddałam i kupiłam dalszy ciąg. (Kupiłabym wcześniej, ale bez przesady, nie będę na paranormale wydawała ponad 30zł, a tak wyceniano tę książkę na różnych aukcjach).
Pod spodem Anne Rice "Uczta wszystkich świętych". Pamiętacie jak kiedyś miałam fazę na Nowy Orlean? Czemu wtedy o tej książce nie wiedziałam? Akcja toczy się w XIX-wiecznym Orleanie. I napisała to Anne Rice. Musiałam to wczoraj wziąć.
"Melancholia Sukuba" Richelle Mead. Ostatnio wróciła mi ochota na lekkie książki, zwane paranormalnymi. Są przyjemne. Moje życie jak co roku w lato, nie jest. Także będę się pocieszała. Alina dowiezie mi pozostałe tomy serii :).
W życiu nachodzą mnie fazy. Faza na to, faza na tamto... Od jakiegoś czasu mam fazę na Danię. Od przeczytania "Wyjątku" Christiana Jungersena uwielbiam duńską literaturę. I ją zbieram. Smaczku dodaje to, że nie jest jakoś szalenie popularna w naszym kraju i nie ma zbyt wiele przetłumaczonych książek. Dlatego urządzam polowania, ścigam wszystkich autorów jakich się da, przekopuję internet w poszukiwaniu nowych nazwisk i tytułów... I zwykle znajduję coś przez tzw. przypadek. Tak odkryłam, dzięki recenzji jednej z blogerek "Smillę w labiryntach śniegu" Petera Hoeg. W tej chwili ją czytam. I dosłownie delektuję się każdym słowem. Uwielbiam.
Jak już przy duńskiej literaturze jesteśmy, to wczoraj o mało nie podskoczyłam z radości, kiedy we wspomnianej już Taniej Książce odkryłam wielki stos "My, topielcy" Carstena Jensena. Jakiś dobry duszek znajduje dla mnie duńskie powieści, ponieważ zaledwie przedwczoraj odkryłam istnienie tej książki (moje kolejne małe zwycięstwo w zakresie duńskiej literatury), a już następnego dnia podtyka mi się tę książkę, w dodatku przecenioną z ceny oryginalnej 59zł na 22zł...
Potem praca zbiorowa, "Na początku było drzewo", wydawnictwa Baobab. To w ogóle było moje pierwsze "Ach" w Taniej Książce i chyba wprowadziło mnie w stan brania wszystkiego co mi się spodoba (zwykle nie robię AŻ TAK kompulsywnych zakupów). Weszłam do księgarni, mój wzrok padł na stos tych książek. Podchodzę, a w sercu coś się rusza. Kocham drzewa. I to jest przepiękny, cudownie wydany leksykon o polskich drzewach. Mamy opis biologiczny, notatki z jakiegoś zielnika z XIX wieku, zdrowotne właściwości, a nawet przepisy. Wspaniała książka.
Jak już brałam wszystko, to wzięłam też coś durnego "Szkoła bogów" Bernarda Weabera. Jedyne 5zł, więc nawet jak mi się nie spodoba, to nie będę miała wyrzutów sumienia. Mam wrażenie, że to jedna z tych pozycji, które są głupie, ale stanowią rozrywkę.
Na sam koniec "Diuna" Franka Herberta. Słyszę same ochy i achy. Mój brat, który prawie nic nie czyta, zachwyca się całą serią. Zobaczymy.

Mam nadzieję, że ktoś dotarł do końca tego wywodu. Dawno takich nie pisałam, prawie zapomniałam jaka to przyjemność ;). Chcecie zobaczyć stos, jaki przywiezie mi znowu Alina? Tak, pokażę wam go. Za te wszystkie trudy, których ona i ja będziemy musiały dokonać, aby książki dowieźć do domu. A to już w sobotę.





Zastanawiałam się wczoraj, jak na to drzewo wejść. Znajduje się nad wodą i zdaje się być idealne do siedzenia. Park Ujazdowski.

4 komentarze:

  1. Życzę przyjemnej lektury i czekam na recenzje!

    OdpowiedzUsuń
  2. Mowa tu o Dedalusie? Ja się tam nie zbliżam, bo mój kręgosłup i portfel krzyczą z rozpaczy ;).

    OdpowiedzUsuń
  3. Taa... Szczerze, to pierwszy raz mieli aż takie dobre książki - w sensie: muszę, muszę kupić. Zwykle udaje mi się zachować więcej rozsądku. Kupić tylko dwie, nie pięć... ;p.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...